Pod wspólnym żaglem

Trzydzieści osiem młodych osób z czternastu krajów przez tydzień żeglowało razem. Po raz 22. kluby Rotary zebrały młodzież z całego świata na mazurskich jeziorach. Ideą tego rejsu jest coś więcej niż zwykłe pływanie od portu do portu. Bo Mazury to nie tylko plaże i pocztówkowe widoki, ale też trudna, wielowarstwowa historia polsko-niemiecka. Uczestnicy poznawali ją prosto z pokładu.

Mikita Tsiabus

Rejs startował z Giżycka, do którego jechaliśmy autokarem z Warszawy. W autobusie usiadłem obok Nikolasa i od razu zaczęliśmy rozmawiać. Choć gadaliśmy po angielsku, w pewnym momencie rzucił zdanie, że urodził się… w Giżycku. Jak to? Przecież kiedy pytałem go na początku, skąd jest, mówił, że z Niemiec! Okazało się, że przyjechał w składzie niemieckiej ekipy, bo na co dzień razem z rodziną mieszka i pracuje w Niemczech. W gruncie rzeczy to jednak polski Niemiec (albo niemiecki Polak) – urodził się właśnie tutaj, w stolicy Mazur, zna polski i swobodnie nim włada. Co więcej, na ten obóz jedzie już kolejny raz i jest doświadczonym żeglarzem. Przez całą drogę opowiadał o Giżycku jak lokalny przewodnik i wspomniał, że następnego dnia zrobi nam oprowadzanie.

I rzeczywiście nie rzucał słów na wiatr – zorganizował nam wycieczkę po mieście: zaprowadził do Twierdzy Boyen, pokazał stary most obrotowy, a nawet opowiedział lokalną miejską legendę o opuszczonej restauracji przy plaży, w którą rzekomo miał zainwestować sam Robert Lewandowski, ale jakoś nic z tego nie wyszło. Kiedy prowadzisz przez miasto grupę 30 osób tylu różnych narodowości, a do tego opowiadasz wszystko w obcym dla siebie języku, po angielsku, utrzymać ludzką uwagę bywa naprawdę trudno. Nikolas radził sobie z tym jednak genialnie. Jako prawdziwy znawca lokalnych klimatów doskonale wiedział, jakimi ciekawostkami sypnąć i pod jakim kątem przedstawić nam miasto tak, żeby nikt się nie nudził.

Po obiedzie drugiego dnia zaczęliśmy pakować się na łódki – Maxusy 33.1. Na każdej jednostce: minimum 8 osób. W sumie 5 jachtów. Mój skład wyglądał tak: Oliwier, Krystian, Wojtek i skipper Kamil – Polacy, Efe i Bora z Turcji oraz Czech Šimon i ja – reprezentant Białorusi. Ogromnym plusem było to, że organizatorzy założyli, że na każdej łodzi ma być jak najwięcej różnych nacji. Były załogi, w których każda osoba pochodziła z innego kraju. Nasza łódka okazała się wyjątkiem. Prawie ze wszystkimi, poza dwoma chłopakami z Turcji, mogłem spokojnie rozmawiać po polsku. Nawet z Šimonem z Czech, który mimo że mówił po czesku, doskonale rozumiał polski, a ja rozumiałem jego. Nasz jacht wyróżniało też to, że byliśmy jedyną załogą, która nie miała na pokładzie ani jednej dziewczyny!

Każdy, kto kiedyś żeglował, wie że czas na łodzi przypomina nieco obóz wojskowy. Brak prysznica i innych wygód, obowiązek słuchania skippera i ciągła praca na jachcie – sprzątanie, szorowanie pokładu, dyżury w kuchni i przede wszystkim żeglowanie. Nasz skipper Kamil cierpliwie uczył nas żeglarskiego fachu. Około 17:00 wpływaliśmy do portu, gdzie czekała na nas kolacja w formie szwedzkiego stołu, a po niej wieczorna integracja: ognisko, śpiewy i tańce.

Tak wyglądało pierwszych kilka dni. Później organizatorzy rejsu zaplanowali na środek dnia dodatkowe aktywności. Mieliśmy czas, żeby rzucić kotwicę na środku jeziora, wskoczyć do wody, popływać, ponurkować i urządzić improwizowane wyścigi na SUP-ach. Były dobrą rozgrzewką przed właściwymi zawodami, które odbyły się ostatniego dnia. Urządzaliśmy też regaty, w których zresztą nasza załoga za każdym razem zgarniała pierwsze miejsce! Na półmetku obozu czekał nas też ,,chrzest żeglarski’’: nocleg na dziko, bez prądu, pryszniców i jakichkolwiek wygód. Wszystko to rekompensowała jednak sauna, z której można było wskoczyć prosto do zimnego jeziora.

Żeglowanie po jeziorach było świetne i pozwoliło nam zobaczyć niesamowitą przyrodę, która jest przecież wizytówką Mazur. Jednak jachty traktowaliśmy przede wszystkim jako najprostszy, najbardziej tradycyjny sposób przemieszczania się po tym regionie. Główny cel obozu leżał bowiem gdzie indziej, ponieważ zależało nam na tym, aby na własne oczy poznać polsko-niemiecką historię tych ziem.

Swoją trasę rozpoczęliśmy od zamku w Rynie. Postawili go Krzyżacy w XIV wieku jako strażnicę na Litwinów, ale przez stulecia budynek ciągle zmieniał właścicieli. Służył jako siedziba pruskich starostów, więzienie dla kobiet, a w czasie wojny jako niemiecki obóz pracy. Jeszcze dwadzieścia lat temu działał tu Urząd Miasta. Obiekt jest więc odnowiony, a mimo to doskonale czuć w nim dawny klimat. Dziś mieści się tam hotel i restauracja, w której zresztą jedliśmy kolację. Niezwykłe uczucie: siedzisz i masz świadomość, że jesz w tej samej przestrzeni, w której wieki temu zasiadali rycerze. Po posiłku mieliśmy zorganizowane nocne zwiedzanie. Mimo że nie wszystkie pomieszczenia są udostępnione, chodzenie po długich korytarzach po zmroku robi swoje. Zobaczyliśmy dawne uzbrojenie i narzędzia tortur, dzięki czemu łatwiej było nam wyobrazić sobie codzienne życie zakonników.

Kolejnym ważnym punktem naszej historycznej trasy były bunkry w Mamerkach. Kiedy tam podpływaliśmy, zupełnie nie mieliśmy pojęcia, gdzie właściwie szukać tych obiektów. Przybiliśmy do kameralnej przystani, która sprawiała wrażenie położonej na samym końcu świata. Bunkrów nie widać z wody, więc żeby do nich dotrzeć, musieliśmy przejść około dziesięciu minut w głąb lasu. Nasza przewodnik od razu nas ostrzegła przed komarami. Miała absolutną rację. Tutejsze owady towarzyszyły nam wiernie już do końca zwiedzania.

Mamerki robią ogromne wrażenie, a ich znaczenie historyczne jest trudne do przecenienia. W latach 1940–1944 mieściła się tu Kwatera Główna Niemieckich Wojsk Lądowych. To właśnie z tego miejsca dowodzono operacją „Barbarossa”, czyli atakiem na ZSRR. Zaledwie kilkanaście kilometrów stąd znajdował się Wilczy Szaniec, czyli główna kwatera samego Hitlera. W przeciwieństwie jednak do Wilczego Szańca, wycofujący się Niemcy nie zdążyli wysadzić Mamerek. Do dziś przetrwało tu ponad trzydzieści gigantycznych schronów o betonowych ścianach grubych na siedem metrów. Dużym plusem tego miejsca jest to, że nie zwiedza się tylko pustych, betonowych murów. Wewnątrz udostępnionych obiektów przygotowano ekspozycje i przejrzyste mapy. W bardzo przystępny sposób tłumaczą one historię Mazur podczas II wojny światowej.

Z Mamerkami wiąże się też jedna z największych tajemnic XX wieku, czyli poszukiwania legendarnej Bursztynowej Komnaty. Ponieważ Mamerki przetrwały wojnę w całości, przez lata szukano tu śladów Bursztynowej Komnaty. Wywożony z Petersburga skarb zaginął bez śladu, więc podejrzewano, że Niemcy ukryli go w tutejszych tunelach. Dzisiaj w jednym z schronów można obejrzeć dokładną replikę tej komnaty.

W Mamerkach stoi też 38-metrowa wieża widokowa, z której dobrze widać całą panoramę jeziora Mamry.

Następnym punktem był pałac w Sztynorcie. Od XV wieku należał do rodu von Lehndorff – jednej z najważniejszych rodzin w Prusach Wschodnich. Nas zainteresowała historia ostatniego właściciela, Heinricha von Lehndorffa. Choć sam wywodził się z pruskiej elity, dołączył do spisku na życie Hitlera. Tajne spotkania spiskowców odbywały się w pałacu w tym samym czasie, gdy w jednym ze skrzydeł mieszkał szef dyplomacji Rzeszy, Joachim von Ribbentrop. Po nieudanym zamachu w lipcu 1944 roku Lehndorffa powieszono, a jego rodzinę wywieziono do obozów. To dobrze pokazuje, że nawet wśród tutejszych arystokratów trafiali się ludzie, którzy sprzeciwiali się reżimowi.

Pałac jest w trakcie remontu i na co dzień nie wpuszcza się tu turystów. Dla nas zrobiono wyjątek. Po wnętrzach oprowadzał nas Mathias Hohl, czyli szef firmy prowadzącej tam prace konserwatorskie od 2009 roku. Na pierwszy rzut oka w środku jest surowo i ktoś mógłby zapytać, na co poszło kilkanaście lat remontu. Mathias wyjaśnił nam jednak, że budynek dosłownie się walił. Polsko-Niemiecka Fundacja Ochrony Zabytków Kultury wykonała tu ogromną pracę, żeby ten obiekt w ogóle przetrwał. Na deser Mathias pokazał nam jeszcze dwa ukryte przejścia w ścianach. Zna ich w całym budynku aż dziewięć, więc Sztynort wciąż kryje przed nami sporo tajemnic.

Do większości historycznych miejsc na naszej trasie najłatwiej dociera się właśnie od strony wody. Z tego powodu dla niemal wszystkich uczestników, poza kilkoma osobami z Giżycka czy Olsztyna, był to pierwszy raz na Mazurach. Nawet Polacy z naszej grupy przyznali, że chociaż znali ten region ze słyszenia, nie mieli pojęcia o tak skomplikowanej historii ukrytej w tutejszych lasach. Dla Niemców te krajobrazy i dzieje były w miarę bliskie, ale dla osób z Turcji, Włoch czy Tajwanu widok bezkresnych jezior był czymś zupełnie nowym. Szczerze mówili, że nie spodziewali się w Polsce tak pięknej natury i tak gościnnych ludzi. Trudno też było im uwierzyć, że w tej mazurskiej głuszy kryje się tak fascynująca przeszłość.

Gdy na koniec dopłynęliśmy do Giżycka, powitali nas członkowie klubu Rotary wraz z prezydentem Janem Ussem. Statek wycieczkowy „Olimpia” zabrał nas w rejs wokół miasta połączony z kolacją. Był to czas na podsumowanie naszych sukcesów: rozdano certyfikaty oraz nagrody dla zwycięzców wyścigów na SUP-ach i regat żeglarskich. Gdy o zachodzie słońca zeszliśmy na ląd, odbyło się ostatnie ognisko, wspólne śpiewanie i rozmowy do późnej nocy.

Siedząc przy ogniu, zaczęliśmy dzielić się szczerymi wrażeniami z całego tygodnia. Wielu uczestników przyznało, że w dzisiejszym świecie staliśmy się mocno indywidualistyczni. Żyjemy w miastach, relacje przenieśliśmy do sieci i rzadko spędzamy czas tak blisko natury. Rozmawialiśmy o tym, że nie jesteśmy już przyzwyczajeni do przebywania w grupie obcych osób, a tym bardziej do tego, by od pierwszej chwili musieć im zaufać. Na jachcie po prostu nie było innego wyjścia. Brak zasięgu, który na początku wydawał się wadą, szybko okazał się cyfrowym detoksem. Zamiast patrzeć w ekrany, musieliśmy na sobie polegać i współpracować. Świetnym dopełnieniem całego wyjazdu były też wycieczki historyczne, ponieważ dawały nam dobrą odskocznię od codziennej pracy na pokładzie. Szybko poczuliśmy, że o trudnej, polsko-niemieckiej historii zupełnie inaczej rozmawia się na żywo, stojąc na dziedzińcu dawnego zamku albo we wnętrzu schronu. W szkołach to zazwyczaj suche daty z podręcznika, do których trudno mieć jakikolwiek stosunek. Ale tutaj wchodziliśmy w miejsca, gdzie ta historia naprawdę się rozgrywała, i mogliśmy o niej spokojnie porozmawiać bez sztywności i bez akademickiego nadęcia.

Nawet po powrocie do domu rejs nie dał o sobie łatwo zapomnieć, ponieważ dopadła mnie tak zwana choroba lądowa. Przez pierwsze dni na stałym lądzie moje ciało wciąż żyło mazurską falą: kiedy stawałem pod prysznicem albo kładłem się wieczorem do łóżka, czułem, jak całe pomieszczenie lekko się kołysze, a podłoga ucieka spod nóg. 

Wyjazd nie doszedłby do skutku bez zaplecza finansowego i organizacyjnego, które zapewniły Rotariańskie Komitety Międzykrajowe Polska – Niemcy oraz Niemcy – Polska, a także Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej. Wsparcie tych instytucji pozwoliło stworzyć dopracowany program edukacyjny i nadać całemu wydarzeniu rangę międzynarodowego projektu historyczno-społecznego.

Redagowała: Agnieszka Wójcińska