Znaj sąsiada swego, bo on zna ciebie lepiej

„Prywatność to jeden z największych wynalazków cywilizacji. Mamy prawo do swoich tajemnic. Do swoich klęsk i bólów, nie tylko sukcesów”. Autor tych słów – Zbigniew Mikołejko – zdaje się wyrażać oczywistą oczywistość. Zupełnie jakby prywatność była, jest i miała pozostać nienaruszalną częścią życia człowieka. Dlaczego więc nazywa ją wynalazkiem, a nie odkryciem? Czyżby kiedyś istniał świat bez niej, a sąsiedzi, z czarnej komedii Brühla, nie mieli przed sobą żadnych tajemnic? Recenzja Klaudii Mirczak.

„Prywatność
to jeden z największych wynalazków cywilizacji. Mamy prawo do swoich tajemnic.
Do swoich klęsk i bólów, nie tylko sukcesów”. Autor tych słów – Zbigniew
Mikołejko – zdaje się wyrażać oczywistą oczywistość. Zupełnie jakby prywatność
była, jest i miała pozostać nienaruszalną częścią życia człowieka. Dlaczego
więc nazywa ją wynalazkiem, a nie odkryciem? Czyżby kiedyś istniał świat bez
niej, a sąsiedzi, z czarnej komedii Brühla, nie mieli przed sobą żadnych
tajemnic?

Pamiętnik
– to chyba najlepszy przykład prywatności w namacalnej postaci. Prowadzą go
ludzie – niezależnie od wieku, profesji, czy koloru skóry. Forma też bywa
różna, niekiedy to tradycyjny notatnik, czasami ten ukryty w smartfonie, a
kiedy indziej dyktafon. Nie zmienia się jedno – przeznaczenie. To miejsce,
któremu pozwalamy poznać prawdę o nas, tzw. myślodsiewnia (puszczam oko w
stronę fanów Harry’ego Pottera).

Prywatność
to przestrzeń, w której możemy być sobą bez konsekwencji. Nie musimy się bać,
że nasze zachowanie zostanie poddane ocenie, decyzje podważone, a słowa
skrytykowane. To miejsce, w którym nie jesteśmy zobowiązani do wymuszonego
przywoływania na twarz uśmiechu, kiedy wcale nie mamy na niego ochoty. Rzeczywistość,
do której zapraszamy tylko tych, których naprawdę chcemy zobaczyć. W takim
razie, co z nieproszonymi gośćmi, którzy chcą wtargnąć do naszej bezpiecznej
przystani?

Taką
sytuację pokazuje film Jedenaste: znaj sąsiada swego w reżyserii Daniela Brühla.
Pewnie w każdym domu zdarzają się „rozmowy przy otwartym oknie”. Raz w nich
uczestniczymy, a czasami znajdujemy się po drugiej stronie, czyli mimochodem je
słyszymy, przechodząc obok. Trudno nie usłyszeć podniesionego głosu sąsiada,
kiedy mieszka się w kamienicy, a jego kuchnię dzieli tylko ściana od twojego
salonu. Jednak, czy to jest powód, aby przekroczyć niewidzialną granicę
pomiędzy przypadkowym usłyszeniem, a celowym nasłuchiwaniem?

Bohater
filmu decyduje się ją przekroczyć. Nasłuchuje, bo chce się dowiedzieć. Nagle
okazuje się, że wie o swoim sąsiedzie, jego rodzinie i planach więcej, niż sam
podsłuchiwany, bo w końcu tamten często wyjeżdża, a życie toczy się w jego domu
nawet wtedy, kiedy jego tam nie ma. Stalking, wścibskość, czy chęć zmieniania
czyjegoś życia na lepsze – a może to już jedno i to samo, bo granica zaciera
się w tak szalonym tempie? Jaką rolę we wkraczaniu w czyjąś prywatność odgrywają
intencje? Może chcemy po prostu komuś pomóc i ostrzec go przed popełnieniem
naszego błędu sprzed lat. Tylko, czy mamy do tego prawo, kiedy granicę
bezpiecznej przystani przekroczyliśmy wbrew woli jej właściciela?

Ważną
kwestią jest tożsamość obu sąsiadów – bohaterów tej czarnej komedii. Jeden z
nich jest aktorem, a drugi obsługuje nocną infolinię banku. To ten drugi –
zgodnie z intuicją, jaką podpowiadają nam stereotypy – obserwuje życie znanego
artysty, podczas gdy jego sąsiad nawet nie rozpoznaje go w kawiarni. W taką –
przesiąkniętą stereotypami – rzeczywistość zagłębia nas Brühl. Doprowadza do
konfrontacji świata gwiazd, celebrytów, którzy są nazywani „mistrzami”, a ich
życia uważane za idealne ze światem ludzi starszego pokolenia, o ciężkim bagażu
doświadczeń, którzy nierzadko zostali zmuszeni do egzystencji na nie swoich
warunkach.

Zatem, kto ma gorzej?
Ten, którego życie jest obiektem zainteresowania, czy ten, który się tym życiem
interesuje? Niby dwa różne światy, a tak naprawdę przedstawiają lustrzane
odbicie, tyle że w krzywym zwierciadle. To, że widzimy kogoś na szklanym ekranie
przez dwie godziny, a może więcej – kiedy występuje w serialu, nie stanowi dla
nas zaproszenia do jego domu. Myślę, że to oczywiste, a jednak… Jeżeli
celebryta zasypuje internet zdjęciami i filmikami swoich dzieci
stawiających pierwsze kroki, posiłków, które spożywa, wystroju kuchni, a dodatkowo
informuje, kiedy idzie do dentysty i gdzie zamierza pojechać na wakacje… można
by jeszcze długo wymieniać – to, czy sam siebie nie odziera z prywatności?
Swoją drogą, można odnieść wrażenie, że to słowo zaczyna się wręcz
sakralizować. Możemy przeczytać dziesiątki wpisów, w których padają słowa:
„uszanujcie naszą prywatność” – jako coś najcenniejszego. Czy osoba, która
dzieli się swoim życiem dobrowolnie i z takimi detalami, może jednocześnie
narzekać na brak prywatności i nie być przy tym oskarżana o hipokryzję?

Oczywiście
każdy medal ma dwie strony. Mamy prawo zarówno do strzeżenia swoich tajemnic,
jak i do upubliczniania ich. W końcu to od nas zależy, jak dysponujemy swoją
prywatnością. W naszych rękach jest również to, czy szanujemy prawo innych do
tej osobistej przestrzeni. Granica pomiędzy udzieleniem dobrej rady, a fizyczną
ingerencją w czyjeś życie powinna zostać wyraźnie zarysowana.

W
minionym świecie, w którym nie było jeszcze mowy o renesansowym humanizmie, a
nadrzędnym celem życia człowieka była służba sile wyższej – prywatność nie była
oczywistością. Człowiek najpierw musiał ją wynaleźć, potem stworzyć tę
przestrzeń dla siebie, następnie o nią zawalczyć, kiedy do jego domu – bez pukania,
za to wyważając drzwi – wkraczali uzbrojeni obcy i rościli sobie prawo do
poznawania jego tajemnic. A co musi robić teraz, żeby jej nie stracić? Dziś
każdy z nas może przeczytać niezwykle osobiste listy Witkacego, które pisał do
żony, nie wyobrażając sobie, że ktokolwiek inny pozna ich treść… Czytamy je
dlatego, że stanowią wartość literacką, czy może interesuje nas, jakie
tajemnice znanego pisarza ujawniają?

Dochodzimy
do momentu, w którym ­­– zainspirowani puentą jednego z filmowych sąsiadów: „Właśnie
dlatego tacy jak wy nie zrozumieją takich jak my” – zostajemy sam na sam ze
wzburzonym oceanem myśli. Chcielibyśmy obrać tę właściwą stronę, tyle że, czy
którakolwiek z nich taka jest? To, co widzimy, zależy od perspektywy, z której
zechcemy spojrzeć. Kiedy zerkniemy przez ramię sąsiada, może okazać się, że to,
co on widzi z tamtego miejsca – nam również się spodoba lub nas także odrzuci.

Klaudia
Mirczak