Uwaga, kobieta na pokładzie!

„Kobiety z rdzy i żelaza. Robotniczki/Hafenarbeiterinnen” zostały wystawione w Gdyni w dniach 18-23 sierpnia 2026 r. Spektakl powstał na bazie wywiadów z kobietami pracującymi w stoczni i portach w Gdyni, Bremerhaven i północnej części Dolnej Saksonii. O całym przedsięwzięciu, współpracy polsko-niemieckiej i kobietach w stereotypowo męskich zawodach, opowiada Ida Bocian, współreżyserka.

Katarzyna Georgiev

Jak narodził się pomysł na „Kobiety z rdzy i żelaza”?

Powstał dwa lata temu – już parę tygodni wcześniej rozmawiałyśmy z Juliane Lenssen, współreżyserką, o tym, że chcemy coś razem zrobić artystycznie, ale szukałyśmy tematu. Tego dnia siedziałyśmy na terenie huty w Eisenhuettenstadt pod dużą suwnicą w towarzystwie kilku pań z miejscowego chóru i grupy tanecznej. Jedna z nich powiedziała wtedy, że pracowała w tej hucie właśnie na podobnej maszynie. Spojrzałyśmy wtedy na siebie z Juliane i już wiedziałyśmy, że chcemy zrobić spektakl o kobietach pracujących na stanowiskach tradycyjnie postrzeganych jako „męskie”. Potem zawęziłyśmy temat do opowieści związanych z pracą w porcie i stoczniach, bo ja mieszkam i pracuję w Gdyni, a Juliane – niedaleko Bremerhaven.

Skąd się znacie?

Juliane poznałam jeszcze jako dziecko, bo studiowała z moją mamą w Białymstoku. Z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że wychowywałam się na jej teatrze: oglądałam jej spektakle, odbyłam dwumiesięczny staż pod koniec ubiegłego wieku, gdzie pomagałam przy jednym z projektów. Rozumiemy się bardzo dobrze na poziomie artystycznym.

Zanim powstał spektakl odbyło się performatywne czytanie w Polsce, a potem w Niemczech. Teraz gotowy spektakl zaprezentowałyście w Gdyni. Jakie emocje towarzyszyły pani w trakcie tych pokazów?

Z jednej strony wciąż nie do końca mogę uwierzyć, że to wszystko się udało. Ten projekt jest realizowany w bardzo wymagającym tempie, dziewiątego sierpnia skończyliśmy prezentację w Niemczech. Po niej musieliśmy przenieść się z projektem tutaj i w osiem dni, z innymi aktorkami, bo tylko jedna przyjechała z nami z Niemiec, wspólnie przygotować wszystko pod gdyńskie warunki.

A z drugiej strony czuję ogromną wdzięczność. Zwłaszcza wobec widzów, którzy mimo pogody, płatającej nam figle, jednak przychodzą, są zainteresowani. Zdarza się nawet, że są to osoby, które dopiero co dostały ulotkę i przypadkowo znalazły się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Są też nasi stali widzowie, związani z Teatrem Gdynia Główna czy Festiwalem „Pociąg do miasta”. To jest właśnie fenomenalne, że możemy docierać do różnych osób!

Scenariusz przeszedł różne metamorfozy zanim spektakl wystawiono na pirsie w Gdyni.

Pierwsza wersja powstała w grudniu zeszłego roku. Miałyśmy spisane rozmowy z pracownicami stoczni oraz portów, z Niemiec oraz Polski, i w pięć dni – ale jakże intensywnych! – zrobiłyśmy selekcję. Niekiedy czułyśmy żal, że musimy spore fragmenty wykreślać, ale szukałyśmy najbardziej nośnych historii. Gdybyśmy tego nie zrobiły, spektakl trwałby stanowczo za długo. Chciałyśmy też przekonać się, czy ten materiał w ogóle działa na odbiorców, dlatego zorganizowałyśmy czytanie sztuki, właśnie w Gdyni. Teatr dokumentalny ma to do siebie, że czasami nie bywa za bardzo ekscytujący, stąd nasza chęć przetestowania scenariusza na żywym organizmie.

Zmiany pojawiały się również w zależności od miejsca, gdzie czytałyśmy scenariusz. Trzeba było odpowiednio rozkładać akcenty. Wersja niemiecka powstawała na przełomie czerwca i lipca. Ostatnie kwestie rozstrzygałyśmy już w trakcie czytania tekstu. W międzyczasie budowałam wersję polską. Sytuacja była analogiczna – scena weryfikowała wszystko.

Podobnie było z aktorkami – pomimo że scenariusz jest rozpisany na trzy kobiety, to artystki zmieniały się. Trzeba było przy tym uwzględniać ich narodowość i nasze możliwości. Eksperymentowałyśmy w tym zakresie – robiłyśmy czytanie po niemiecku, angielsku, a końcowo obce kwestie tłumaczyłyśmy na żywo.

Jak udało się zgrać w całość różne języki, zmieniające się aktorki, warunki, czy też miejsca wystąpień?

Językiem roboczym był dla wszystkich angielski. Stwierdziłyśmy, że tak będzie najłatwiej, ale też najuczciwiej. Jednocześnie staraliśmy się wszyscy rozumieć nasze różnice w temperamentach, kulturach i pozostawać otwartymi dla siebie. Prawdopodobnie z tego powodu ta współpraca przebiegała we wręcz rodzinnej atmosferze, z ogromnym zaufaniem do siebie nawzajem.

Nawet jak zmieniały się osoby w ekipie, to udawało się nam tworzyć niesamowitą więź. Nasze aktorki, które grały w Gdyni, znają się tylko tydzień z hakiem, a już się zaprzyjaźniły. Zamiast różnic, dostrzegamy w sobie nawzajem utalentowane osoby, które chcą dołożyć swoją cegiełkę do projektu.

Na jakich stanowiskach pracowały wasze rozmówczynie?

Panie z Niemiec są pracowniczkami portowymi – jedna z nich najpierw zaczynała jako dokerka, a obecnie kieruje van carrierami. Druga zaś od początku pracuje jako kierowczyni van carrierów. Natomiast w Polsce nasze rozmówczynie pracowały jako: celniczka na portowym terminalu kontenerowym; mamy też wspomnienia pracownic ze Stoczni Gdynia, które na różnych etapach swojej kariery pełniły funkcje głównej technolożki w biurze produkcyjnym, specjalistki ds. kontraktów w biurze handlowym, elektryczki oraz mistrzyni produkcji, która zarządzała pierwszą brygadą kobiet malujących elementy na budowanych statkach.

Czy w tym świecie, zdominowanym przez mężczyzn, jest w ogóle miejsce na kobiecość? Bohaterki spektaklu często mówią o tym, że musiały przejmować zachowania stereotypowo męskie, by dać sobie radę w tym środowisku.

Było to jedno z pytań, które chciałyśmy zadać naszym rozmówczyniom. Nie wiedziałyśmy tylko, jak to zrobić, by od razu nie sugerować odpowiedzi. Ten temat jednak pojawiał się mimowolnie przy różnych opowieściach byłych robotniczek. Gdy poznały nas lepiej, chętnie dzieliły się swoimi przemyśleniami. Słowa jednej z nich padają na scenie: „W pewnym momencie, przy tej ciężkiej pracy, przestałam w ogóle czuć się kobieco. Zaczęłam się bać, że rozsiewam dookoła sam testosteron”.

Inne panie miewały problemy z ciążami lub łączeniem macierzyństwa z pracą. Zdarzało się, że nielegalnie zabierały ze sobą dziecko do pracy, bo nie miały co z nim zrobić. Inne pracowały w ciąży tak długo, na ile tylko lekarz im pozwolił, a po powrocie z urlopu macierzyńskiego musiały uważać, bo nie zawsze było mile widziane branie wolnego ze względu na opiekę nad dzieckiem. Czasem, żeby przetrwać, musiały, założyć przysłowiowe spodnie i – mówiąc dość dosadnie – odpyskować.

Pojawiały się też doświadczenia pozytywne, bo opowieści były różnorodne. Pozwoliło to szerzej spojrzeć na to doświadczenie kobiet w męskim zawodzie, co – mamy nadzieję – udało nam się zawrzeć w spektaklu.

Czy w zależności od miejsca zatrudnienia te przeżycia były inne, czy raczej tworzy się z tego uniwersalna opowieść?

Zaskoczyło nas, że było dużo punktów wspólnych. W oczy rzucała się najmocniej właściwie tylko jedna różnica. Kiedy nasze bohaterki opowiadały o swoich doświadczeniach, wspominały o docinkach, śmiechach, nieprzyjemnych komentarzach, z którymi musiały się mierzyć. Jedna

polska rozmówczyni powiedziała wprost: „do tego trzeba było się przyzwyczaić”. Niemiecka natomiast mówiła rzecz odwrotną: „trzeba było być wygadanym i nauczyć się ucinać takie komentarze”. Co więcej, inna rozmówczyni zza granicy wspominała, że mężczyźni bali się z nią pracować. Dlaczego? Obawiali się, że jakikolwiek kontakt fizyczny może być już odebrany jako molestowanie.

A jak współcześnie prezentuje się sytuacja kobiet w stoczniach oraz portach?

Udało nam się porozmawiać z obecnymi pracownicami w Niemczech. Wspominają, że te piętnaście czy dwadzieścia lat temu były rzeczywiście pionierkami w swoim fachu, a teraz jest już ich coraz więcej! Zmiana na przestrzeni lat rzeczywiście zachodzi i coraz więcej kobiet podejmuje się pracy w stoczni czy porcie, choć nadal są to miejsca zdominowane przez mężczyzn.

Co jednak budzi optymizm, to fakt, że te relacje stają się z czasem bardziej harmonijne. Przez lata udało się wypracować wzajemne porozumienie – współpracownicy i szefowie nauczyli się działać wspólnie z kobietami oraz traktować je na równi z mężczyznami. Trudno jednak byłoby sobie wyobrazić taki stan rzeczy, gdyby nie nasze tytułowe robotniczki. Brawa za odwagę dla nich!

Projekt był współfinansowany między innymi ze środków Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Redagowała: Agnieszka Wójcińska