Prawda, która wychodzi na światło dzienne

Cztery kobiety, których losy splatają się z trudną historią Niemiec od początku XX w. aż do współczesności. Reżyserka „Wpatrując się w słońce” Masha Schilinski sięga po ich kobiece lęki oraz traumy, by przepuścić je przez własną wrażliwość. Wychodzi z tego obraz subtelny, ale zarazem będący stanowczym głosem na temat przemocy. Recenzja Katarzyny Georgiev

Katarzyna Georgiev

Mucha.
Mucha widzi. Przylatuje i odlatuje. Zbliża się do policzka bohaterki, a
następnie wzbija w powietrze. Dotyka zmarłego, irytuje żywego. Ktoś jej się
tylko przypatruje, a mniej cierpliwy odpędza dłonią. W filmie „Wpatrując się w
słońce” Maschy Schilinski poznajemy świat w pewnym stopniu dosłownie, a w
pewnym metaforycznie, patrząc na niego właśnie oczami muchy. Mucha bowiem zachowuje
się dokładnie jak kamera. Nie tylko widzi, ale przeciska się nawet przez drzwi,
które są na pozór zamknięte.

Niemiecka
reżyserka z jej perspektywy pokazuje różne fragmenty życia swoich bohaterek. Korzysta
z mozaikowej narracji, by ukazać niełatwe losy czterech kobiet na przestrzeni
paru pokoleń. Wszystkie łączy dom w regionie Altmark, w którym każda z nich
mieszka w innym czasie.

Zmieniająca
się sytuacja Niemiec wpływa na losy i działania każdej z głównych bohaterek  Opowieść obejmuje okres od początków XX w. aż
po obecne czasy, a więc: I wojnę światową, II wojnę światową, podział Niemiec
na RFN i NRD, i wreszcie łatwiejsze nieco czasy współczesne. Dla Schilinski historia
Niemiec staje się tłem, na którym przedstawia szersze, egzystencjalne tematy.

Najistotniejszym
z nich jest kobiecość. Reżyserka koncentruje się na jej najbardziej traumatycznym
obliczu związanym z przemocą, jakiej w różnych formach kobiety doświadczają.
Konkluzja jest ponura – narażenie na nią zdaje się przechodzić mimochodem z
jednej bohaterki na drugą, pomimo upływu czasu. Nie mamy tu jednak do czynienia
z naturalistycznym zobrazowaniem przemocy, czy związanego z nią wstydu i
strachu, a niesamowicie subtelnym. Reżyserka otula swoje postaci zrozumieniem,
ciepłem i troską. Widać to po samym sposobie nakręcenia produkcji – ziarnistość
kadru, zdjęcia kręcone kamerą otworkową, czy sposób budowania obrazu i dbałość
o najmniejsze detale. Trudno widzowi pozostać obojętnym na taki majstersztyk
wizualny. Powoli, stopniowo zatapia się w historii naszych zachodnich sąsiadek
i zaczyna rozumieć ich świat.

Argumentem
przeciw temu obrazowi mógłby być fakt, że w kinie pełno jest filmów o trudnej
sytuacji kobiet, czy to ukazanej z współczesnej perspektywy, czy historycznej. To
temat, po który twórcy oraz twórczynie sięgają nieustannie. Można wspomnieć
chociażby o stosunkowo niedawnych produkcjach, tj.:  dobitnym „Domu
dobrym” Wojtka Smarzowskiego, budzącym nadzieję „Jutro będzie nasze” Paoli
Cortellesi lub „Rzeczach niezbędnych” Kamili Tarabury.

„Wpatrując
się w słońce” ma w sobie jednak metafizyczną siłę, którą rzadko kiedy napotykamy
w codziennej narracji. W świecie epatującym w mediach sprawami takimi,  jak historia Gisele Pelicot, akta Epsteina czy
rozbieranie kobiet (i nie tylko ich) za pomocą sztucznej inteligencji –
potrzebny jest czuły, ale stanowczy głos. I właśnie nim przemawia Mascha
Schilinski.

Tegoroczna
edycja Tygodnia Filmu Niemieckiego rozpoczęła się 23 stycznia i potrwała aż do
5 lutego, goszcząc w dziesięciu największych miastach w Polsce. Przegląd kina
naszego zachodniego sąsiada zorganizowały Dom Norymberski w Krakowie, Goethe
Institut Warschau oraz Konsulat Generalny Niemiec we Wrocławiu, przy wsparciu
finansowym Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Więcej informacji o
projekcie można znaleźć na oficjalnej stronie organizatora: https://tydzien-filmu-niemieckiego.pl/#niemieckiego

Redagowała: Agnieszka Wójcińska