Jagoda Janicka
Przewrotne sformułowanie, będące jednocześnie przewodnim motywem tegorocznej edycji festiwalu, połączyło tożsamościową dyskusję z otwartą zaraz po niej, w Pałacu Potockich, wystawą „Shifting Strata”. Obecne na tej ekspozycji prace Susanne Kriemann, Anny Orłowskiej czy Wojciecha Wilczyka uwieczniły zranione krajobrazy Europy Środkowej. To, jak historia i przesuwające się granice zmieniły naszą przestrzeń.
Zanim jednak festiwalowa publiczność odkryła fotograficzne powidoki, wypełniła salę Międzynarodowego Centrum Kultury przy Rynku Głównym. I choć było to czwartkowe popołudnie 14 maja, w auli zajęte były niemal wszystkie krzesła. Przyznaję, że zamiast od razu skupić uwagę na scenie, bezwstydnie zaczęłam lustrować twarze innych słuchaczy. Przede mną siedziała liczna grupa dwudziestolatków. Dlaczego tu przyszli? Być może szukali odpowiedzi na pytanie, czemu w polskich domach tak trudno o lekkość bytu, a tak łatwo o melancholię? A może, co zaraz miało stać się głównym motywem dyskusji, chcieli w końcu zrozumieć, dlaczego wciąż tak wiele dzieli nas od zachodniej części Europy? Skąd w nas to dojmujące poczucie, że choć podróżujemy bez paszportów, to mentalnie wciąż jedziemy w zupełnie innych przedziałach?
Odpowiedź nadeszła ze sceny szybciej niż się spodziewałam, lecz jej smak był raczej gorzki. Anna Kwiatkowska, kierowniczka Zespołu Niemieckiego z Ośrodka Studiów Wschodnich, z precyzją analizowała zmiany, a raczej ich chwilowość, w polityce Olafa Scholza i Friedricha Merza. Badaczka pytała wprost, czy w obliczu zagrożenia ze strony Rosji oraz transatlantyckiego kolapsu, jesteśmy jeszcze w stanie zbudować z zachodnimi sąsiadami wspólną narrację.
Zupełnie inną dynamikę wniósł do tej dyskusji Felix Ackermann, profesor historii z Fernuniversität w Hagen. Jako badacz zajmujący się pamięcią i przemocą, a zarazem głos płynący z wewnątrz samych Niemiec, nie bawił się w dyplomację. To właśnie od niego usłyszeliśmy o przedziwnej niemieckiej fascynacji „ruską duszą”, w oparach której nad Sprewą wciąż chętniej pije się wódkę Gorbatschow i herbatę Russische Karawane. Gorzko wybrzmiała jego diagnoza społeczeństwa, które tak bardzo skupiło się na odkupieniu win za zbrodnie SS, że dziś całkowicie gubi się we własnych lękach. Ackermann wypunktował także postawę współczesnej niemieckiej młodzieży – sparaliżowanej historycznym poczuciem winy do tego stopnia, że nie potrafi odróżnić zbrodniczego dziedzictwa Wehrmachtu od palącej potrzeby budowy armii poborowej na wypadek nowej wojny.
Ten gęsty od geopolityki obraz zrównoważyła Joanna Czudec, kierowniczka programowa Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Zamiast skupiać się na politycznych sojuszach, mówiła o literaturze. To od niej wyszła najpiękniejsza metafora tego popołudnia: „Europa Środkowowschodnia jest jak podróż pociągiem”. Przypomniała nam, że wcale nie musimy szukać klucza do zrozumienia zachodnich sąsiadów po omacku. Wystarczy zajrzeć na półki, bo Polacy o Niemcach piszą wręcz nałogowo.
Grzegorz Jankowicz, dyrektor Instytutu Książki, podsumował debatę trzeźwą obserwacją. Wybuch wojny w Ukrainie w 2014 roku niczego w niemieckiej mentalności nie zmienił. Zaledwie rok później Angela Merkel podpisała umowę na budowę kolejnej nitki gazociągu Nord Stream, który działałby do dziś, gdyby osiem lat później nie doszło do eskalacji inwazji. Ten pragmatyzm zostawił mnie z pytaniem: czy my – Środkowoeuropejczycy, znów zostaniemy porzuceni? Dokładnie tak, jak osierocone domostwa i przedmioty na zdjęciach ze wspomnianej wystawy „Shifting Strata”?
To właśnie w sztuce historia spotyka się z intymną przestrzenią naszej pamięci. Trzymamy się kurczowo wspomnień, bo doświadczenie utraty mamy we krwi. Podskórnie przeczuwamy, że wszystko może nagle zniknąć. Dlatego w naszej części świata fotografia rzadko była sztuką dla sztuki, a znacznie częściej dokumentem naszej tożsamości. Gdy traciło się akt notarialny, to zagięte na rogach zdjęcie na tle domu, którego już nie ma, stawało się jedynym dowodem na to, że kiedyś mieliśmy swoje miejsce na ziemi. Naszą całkiem „rzeczywistą nieruchomość”.
Sama debata zostawiła mnie z poczuciem, że nasze narody są utkane z braków, ale wystarczy zajrzeć do krakowskich galerii, aby poczuć ulgę. Twórcy, których prace można podziwiać podczas festiwalu, zamiast udawać, że przeszłość ich nie dotyczy, stają z nią twarzą w twarz. I bardzo uważnie patrzą w obiektyw.
23. edycja Miesiąca Fotografii w Krakowie odbywa się w dniach 14 maja – 14 czerwca 2026 roku. Tegorocznym tematem przewodnim są relacje polsko-niemieckie w kontekście Europy Środkowej. Wydarzenie jest realizowane przy wsparciu finansowym Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Pełny program festiwalu, harmonogram wystaw oraz opisy sekcji można znaleźć na oficjalnej stronie internetowej organizatora: www.photomonth.com.
Redagowała: Agnieszka Wójcińska