W cyklu Czytelnia / Leseraum gościliśmy 17 marca literacką premierę. Maciej Falkowski przedstawił w rozmowie ze Stasią Budzisz swój najnowszy reportaż „Nasi Niemcy” (Wydawnictwo Czarne).
Tych, którzy lekturę mają jeszcze przed sobą, zapewniamy, że książka spełnia to, co zapowiada jej tytuł. Dowiemy się z niej, kim byli Głuchoniemcy, Olendrzy, Bambrzy, jakimi ścieżkami chadzali mennonici i co ma wspólnego Łańcut z Landshut. Książka Macieja Falkowskiego opowiada o sąsiedztwie i wspólnocie poza polityką, ale i o tym jak (niekiedy) trudno „całkowicie oprzeć się duchowi swoich czasów” (Frankl). O tym, co z przeszłości zostało i dlaczego warto ją znać.
Naszej niezawodnej publiczności dziękujemy za przybycie i cieszymy się już na kolejne spotkania w cyklu Czytelnia / Leseraum.
Stay tuned!
Zdjęcia @FWPN/Daniel Król
„Miłującym pokój ludziom wszelkich ras, religii, poglądów politycznych i filozoficznych.” – tymi słowami zadedykował słuchaczom swoją Procesję dla Pokoju Andrzej Panufnik – polski kompozytor, który większość życia spędził w Wielkiej Brytanii. Uciekł tam przed komunistycznym reżimem, wyklęty przez PRL-owską władzę. Na emigracji tworzył utwory, które dotykały wartości bliskich jego sercu – takich jak pokój czy wolność.
Jego kompozycje, obok utworów Mieczysława Wajnberga, Siergieja Prokofiewa i Dymitra Szostakowicza, zagrała 15 marca 2026 roku w Teatrze Wielkim Sinfonia Varsovia podczas koncertu urodzinowego z okazji 42. rocznicy powstania tej orkiestry. Zabrzmiała muzyka twórców, których połączyło bycie na cenzurowanym władzy komunistycznej i starania, by tę – przynajmniej artystyczną – cenzurę przekraczać. Koncert poprzez dźwięki opowiadał o życiu w cieniu wojny, rewolucji i terroru. O presji nakładanej na artystów. I o formach artystycznego sprzeciwu.
Muzycy Sinfonii Varsovii pod batutą Thomasa Sanderlinga zabrali słuchaczy w podróż po różnych kulturach i ludzkich doświadczeniach, które miały jednak wspólny mianownik.
Na początek Koncert wiolonczelowy Mieczysława Wajnberga wykonał razem z orkiestrą niezwykle ceniony wiolonczelista Marcel Markowski. Utwór ten – inspirowany muzyką żydowską – był liryczną opowieścią, w której dało się odnaleźć odbicie niełatwego życia kompozytora. Życia naznaczonego wojną, emigracją i antysemickimi nastrojami. Procesja dla Pokoju Panufnika stanowiła swego rodzaju motto całego wydarzenia – przypominała o wartościach uniwersalnych, które warto pielęgnować w każdej epoce. Klamrę kompozycyjną koncertu stanowiły symfonie rosyjskich wirtuozów – Siergieja Prokofiewa i Dymitra Szostakowicza. Symfonie ogromnie w ich dorobku ważne – zaskakujące, napisane wbrew oczekiwaniom publiki, ale po latach niezwykle cenione.
Każdy z kompozytorów stanął na pewnym etapie swojego życia przed decyzją o poddaniu lub niepoddaniu się presji władzy. Były to decyzje, które z brutalną nieodwoływalnością wpływały na ich życie. Andrzej Panufnik nie podporządkował się cenzurze, ale oznaczało to dla niego konieczność opuszczenia Polski. Wykonywanie jego kompozycji objęto w Polsce zakazem. Na dziesięciolecia zniknął więc z mapy rodzimej muzyki.
Mieczysław Wajnberg – polski wirtuoz o żydowskim pochodzeniu, który już w 1939 roku zmuszony był do ucieczki z kraju – został w 1953 roku aresztowany przez władze radzieckie. Prezentacji jego dzieł zakazano już pięć lat wcześniej.
Podobnie stało się z utworami Siergieja Prokofiewa, które zostały w ZSRR uznane za zbyt awangardowe i wykreślone z repertuarów w 1948 roku.
Twórczość Dymitra Szostakowicza balansowała z kolei między zakazami a zachwytami władz ZSRR. On jednak przez całe życie tworzył – poza dziełami, które podobały się partyjnym dygnitarzom – również nieprzedstawiane szerszej publiczności utwory niepoddające się wpływom politycznym.
Koncert Sinfonii Varsovii był więc wyrazem sztuki niepokornej. Narracją o wysiłkach w zachowaniu autonomii twórczej w czasach terroru. Jak wiadomo, muzyka łagodzi obyczaje, ale może też opowiadać historie. W tym przypadku historie o próbach cenzurowania sztuki, o próbach odbierania artystom głosu. I o – mniej lub bardziej jawnym – oporze przeciwko takim próbom. Oporze, który może stanowić inspirację dla kolejnych pokoleń twórców i wskazywać, jak pozostawać wiernym prawdzie.
Koncert urodzinowy Sinfonii Varsovii był współfinansowany przez Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej.
Tekst: Joanna Dziewońska
Redakcja: Agnieszka Wójcińska
„Koniec z urlopem we wschodnich Niemczech. Nie jadę do tych nazistów”. Stara, nieistniejąca granica dzieląca komunistyczny wschód od demokratycznego zachodu wciąż przypomina Niemcom o ich skomplikowanej przeszłości. Chociaż mur z drutem kolczastym i szeregiem wież wartowniczych został zburzony ponad 35 lat temu, różnice pozostały i mają się dobrze.
Lata transformacji gospodarczej tuż po zjednoczeniu dla wschodnich landów nie były okresem prosperity. Dla Ossis (jak potocznie nazywa się mieszkańców byłej NRD) oznaczały zamykanie nierentownych fabryk, co wiązało się ze stratą pracy oraz rosnącym bezrobociem. Popularność idei zachodniego kapitalizmu, z którą ludzie wiązali duże nadzieje, rozczarowywała, budząc poczucie niesprawiedliwości i tęsknoty za „dobrymi”, „stabilnymi” czasami.
Dla Wessis (termin odnoszący się do mieszkańców RFN) ukształtowanych w zupełnie innych warunkach, wschodnie landy stanowiły coś nieznanego, nieoczywistego, a jednocześnie tak bardzo bliskiego. To oni mieli pomóc swoim wschodnim towarzyszom odnaleźć się w nowym systemie, stać się symbolem zamożnego Niemca, z dobrym samochodem i stabilną pracą.
Jednak zjednoczenie dla wschodu bardziej przypominało wcielenie. Zatarta granica państwowa nie doprowadziła do zatarcia się granicy mentalnej i tożsamościowej. Trauma transformacji nadal oddziałuje, a podział, choć niewidoczny na mapie, wciąż jest obecny w doświadczeniu społecznym. Niezadowolenie podsycane kolejnymi kryzysami politycznymi i stagnacją gospodarczą wyznacza dziś nowe linie tego podziału. Jaka jest dziś alternatywa dla rozczarowanych, zbuntowanych Ossis? Ta alternatywa to bunt i rewolucja przeciwko elitom – to Alternatywa dla Niemiec.
Dominujący stereotyp partii neonazistów z AfD to już niemal etykieta Wschodu, ale czy ta uproszczona wersja zdarzeń wytrzymuje zderzenie z rzeczywistością? A może to AfD, polityczne dziecko wschodu, wprowadza się także na zachód i przekształca Republikę? Jak jest naprawdę?
Łukasz Grajewski nie daje nam prostych odpowiedzi. Jego książka „Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata? Kulisy marszu AfD po władzę” jest wielowątkową historią partii układającą się w chronologiczną całość. Równolegle z rozwojem wydarzeń obserwujemy w niej klimat minionych dni, a Grajewski dokładnie szkicuje portrety swoich bohaterów, od „szarych” obywateli wspierających partię, po jej elity intelektualne i przywódców. Nie są to bohaterowie odizolowani od rzeczywistości, swoich emocji i uczuć, a także decyzji życiowych, jakie podejmują.
Historie o jakich można przeczytać w książce oddają specyfikę debaty politycznej toczącej się w RFN. Kryzys migracyjny, koronawirus, ataki terrorystyczne, recesja gospodarcza – to wszystko zmieściło się w 13-letniej historii Niemiec z AfD, usianej wzlotami i upadkami. Czytelnik z pewnością znajdzie coś dla siebie, samodzielnie kształtując własny odbiór. Pomocne w zrozumieniu szerokiego kontekstu książki było spotkanie autorskie z Łukaszem Grajewskim w warszawskiej księgarni Big Book Cafe, 25 lutego 2026 roku, które poprowadziła Agnieszka Lichnerowicz (dziennikarka radia TOK FM).
AfD, zwana „Niebieskimi” od wiodącego koloru, jakim się posługują, od zawsze się wyróżniała. Jako jedyna partia w obecnej kadencji Bundestagu nie jest jeszcze pełnoletnia. A przeciwników ma już dojrzałych – Socjaldemokratyczna Partia Niemiec liczy sobie ponad sto lat. Także „Czarni” (Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna) i „Zieloni” (Die Grünen) są już dawno zespoloną częścią parlamentu. Najbliżej niebieskim (jak określa się AfD) jest do Die Linke (19 lat), chociaż to zupełnie przeciwny biegun polityczny. Wyborcy AfD to duża mieszanina, wcale nie tak jednorodna.
Zwolennikami Alternatywy jak najbardziej są młodzi. To także mieszkańcy miast, niebogatych dzielnic-blokowisk. Nieufni wobec systemu, mający za nic poprawność polityczną. Nie brakuje też osób starszych, jak i przedstawicieli mniejszych miejscowości. Są także Ruslanddeutsche – potomkowie niemieckich osadników ze Wschodu, którzy wrócili do heimatu w latach 90-tych.
Spoiwem jest skrajna antyimigranckość. Silna w byłej NRD ze złożoną historią, gdzie od lat organizowane są protesty i marsze. „Rewolucja” na wschodzie odbywa się także z (nie?)proszonymi gośćmi. Na ulicach Drezna, Chemnitz, Lipska czy Budziszyna przy różnych okazjach widoczni są radykałowie, przedstawiciele skrajnej prawicy. Z czarno-biało-czerwonymi flagami Cesarstwa Niemieckiego i hasłami nawiązującymi do „dziedzictwa” III Rzeszy.
Kadry niebieskich to również mieszanka. Czasami wybuchowa i skonfliktowana wewnętrznie. Łukasz Grajewski wspominał: – Rozluźniają się, gdy wyłączasz mikrofon, mówili to, co chcieli, a w większości odpowiedzi przy włączonym dyktafonie sytuację referowali tak samo, jak nauczono ich w takich przypadkach. Intrygujące pozostaje to niezarejestrowane, mrożące krew w żyłach. Jeden taki po długiej rozmowie zapędził się w rozważania na temat III Rzeszy i niemieckiej kultury wykraczającej „daleko” poza granice obecnych Niemiec. W tym przypadku nie była to polityczna agitacja, a świadome działanie.
Nowy mur narastający przez ostatnią dekadę również zaczyna się chwiać. Ale „zjednoczenie” przychodzi z zupełnie innego kierunku. Na zachodzie powoli pojawiają się niebieskie wysepki, ugruntowane już na wschodzie. Niebieska wysypka atakuje cały niemiecki organizm. Kto w końcu spodziewałby się szybkiego wzrostu notowań partii także tu, w postindustrialnym Zagłębiu Ruhry, części jednego z największych i najbogatszych landów Niemiec – Nadrenii Północnej Westfalii. AfD na razie nie jest zagrożeniem dla świata, ale już niedługo będzie nim dla Niemiec. Łukasz Grajewski w porównywaniu historii AfD do NSDAP jest ostrożny. – Przyglądajmy się jej uważnie, z dystansem, mając w głowie konsekwencje politycznej radykalizacji – podkreśla.
Tekst: Marcin Mikielski
Redakcja: Agnieszka Wójcińska
Publikacja książki Łukasza Grajewskiego powstała przy wsparciu stypendium dziennikarskiego Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, której przedstawiciele także wzięli udział w premierze.
Dziecko – 58,6 tony dwutlenku węgla rocznie. Ta liczba to
nie tylko statystyka. To nowy rodzaj grzechu pierworodnego. Tylko że tym razem
za jego popełnienie nie wygna nas z raju Bóg, lecz nasza świadomość.
Eva
Lohaus, jedna z bohaterek
książki, mówi krótko: „Chcesz mniej śmieci? Zredukuj liczbę tych, którzy
śmiecą”. To czysta matematyka. Dla niej rozmnażanie to „luksus, na który nas
nie stać”. Ale w całej książce Vereny Kessler jest coś jeszcze bardziej
dotkliwego niż wyrok Lohaus – to brak wyroku. Sina, jedna z głównych narratorek
„Ewy”, utknęła w świecie, w którym nikt nie ma odwagi powiedzieć: „To koniec.
Nie będziesz mieć dzieci”. Zamiast tego medycyna i znajome znajomych karmią ją
mitem, że jeśli odrzuci plastik, cukier i odnajdzie tę jedną magiczną pozycję w
jodze, to samo zaskoczy.
Pisarka
mistrzowsko zderza ze sobą dwie postawy, ale nie ironizuje z żadnej z nich.
Pozwala, aby ich języki brzmiały obok siebie. Podczas gdy Lohaus, aktywistka, z
którą Sina przeprowadza wywiad, mówi: „Odpuść, ocalisz planetę”, partner
dziennikarki, Milo, z rozbrajającą niewinnością odpowiada, że dzieci to „sens
życia”. Jednak to nie radykalizm ekolożki, lecz codzienność Mony, siostry Siny,
podważa jego idealizm. Patrząc na nią, bohaterka nie widzi spełnienia. Widzi
kobietę, której miłość do rodziny jest równie wielka, co jej zmęczenie, a
największym marzeniem nie jest ratowanie świata, lecz godzina ciszy i błękitne
niebo nad Ibizą.
Kiedy
Sina pyta inne kobiety o poród, odpowiedzi przypominają techniczne raporty z
pola walki – cztery kilogramy ciała, godziny bólu. Czysta fizjologia. Opowieści
tak samo rozczarowujące, jak lead artykułu, który opublikowała po rozmowie z Evą.
Nikt nie mówi o tym, co przyszła matka naprawdę chce usłyszeć. O tym, czy warto
sprowadzać dziecko na świat, któremu grozi ekologiczna katastrofa, i kto będzie przez to
cierpiał bardziej – ono, zmuszone żyć na zniszczonej planecie, czy my, drżąc o
to, jaki dom mu zostawiamy.
Różowa
plama krwi na śniegu po wypadku na sankach siostrzenicy Mila i oskarżycielskie pytanie
małego Jonny’ego: „Dlaczego jej nie trzymałaś?”, uświadamiają Sinie, że bycie
matką to nie tylko wspólne śpiewanie w samochodzie. To bycie tą, która zawsze
ma w plecaku zapasowy świat, podczas gdy ten prawdziwy właśnie pęka.
Kessler
buduje powieść z pozornie nieistotnych szczegółów. Dla Lohaus lalka z obciętymi
włosami i pomazanymi na niebiesko ustami jest odpadem. Śmieciem, który za sto
lat będzie dryfował w oceanie, jako dowód naszej pychy. Ale w środku nocy ta zabawka
staje się symbolem utraconego dzieciństwa i siostrzanej bliskości, której nie
da się przeliczyć na ślad węglowy.
Nie
oznacza to przecież, że Eva nie potrafi kochać. Tyle że jej serce, podobnie jak
jej dom, ma ściśle wytyczone strefy bezpieczeństwa. Leżąca pod stołem retrieverka
Maddie to miłość bezpieczna, bo pies nas nie
oskarży i nie postawi trudnych pytań o przyszłość. Nawet jeśli ta miłość
kosztuje planetę kolejne 12 ton dwutlenku węgla.
Kiedy
Sina obserwuje lincz na Lohaus po opublikowanym przez siebie wywiadzie,
zauważa, że ludzie rzucają się na aktywistkę nie dlatego, że się myli, ale byle
tylko nie przyznać jej racji. W słowach Evy odbijają się ich wakacje, steki i
SUV-y. W tym tłumie pojawia się jednak wyjątek – Jan, który w jej radykalizmie
odnajduje ulgę. Ulgę, że może leżeć nad jeziorem i nie musieć być niczyim
ojcem.
W spór o sens
rodzicielstwa w XXI wieku Kessler wplata jeszcze jeden głos – sąsiadkę Mony. To postać, która po cichu wynosi swoje traumy na
klatkę schodową bloku. Jej historia sprawia, że teoretyczne rozważania o
ekologii i spełnieniu nagle bledną, bo niektórych dylematów po prostu nie da
się rozstrzygnąć.
Powieść „Ewa” trafi do rąk polskich
czytelników nakładem Wydawnictwa Filtry, przy wsparciu Fundacji Współpracy
Polsko-Niemieckiej. To nie jest przypadkowy mecenat, gdyż lęk przed
przyszłością nie potrzebuje paszportu, a dylematy Evy Lohaus, choć osadzone w
niemieckich realiach, w Polsce brzmią równie głośno. Kessler, jako
reprezentantka dzisiejszych trzydziestolatków, nie opisuje ich emocji, lecz
fizyczne objawy. Utrzymana w reporterskim stylu powieść, to nie instrukcja
walki z ociepleniem klimatu lecz studium lęku. Opowieść o czasach, w których
miłość do dziecka staje się aktem egoizmu, a jej brak – pustką, której nie
wypełni żadna ideologia.
Eva nie chce być tą, która siedzi „z
założonymi rękami”, gdy woda wdziera się na pokład. Kessler zostawia nas więc z
pytaniem, co zrobimy, gdy ta woda dosięgnie i nas. Będziemy budować arkę czy
samotnie dryfować na różowym materacu, udając, że nie widzimy brzegu?
Tekst: Jagoda Janicka
Redakcja: Agnieszka Wójcińska
Czy o okupacji
Warszawy powiedziano i napisano już wszystko? Czy wspomnienia z epoki można
połączyć w jednej pozycji z dokumentami kartograficznymi? „Plan Warszawy
1942-1944. Stadtplan Warschau” to książka rozprawiająca się z traumatyczną
przeszłością nieszablonowo i nowatorsko.
Premiera pozycji odbyła
się 11 lutego 2026 roku w Kinie Syrena w Warszawie. Spotkanie poprowadził dr
Krzysztof Mordyński, historyk zajmujący się dziejami architektury i urbanistyki
Warszawy, a jego gośćmi byli prof. dr hab. Krzysztof Komorowski, pułkownik WP w
stanie spoczynku, prof. dr hab. Jacek Leociak, kierownik Zakładu Badań nad
Literaturą Zagłady Instytutu Badań Literackich PAN, dr Paweł E. Weszpiński,
geograf, kartograf oraz kustosz Muzeum Warszawy oraz Witold Pietruszewicz,
geograf, kartograf i urbanista.
Na zmieniających się slajdach
można dostrzec zarys miasta, które dzisiaj znamy jako nowoczesne, rozbudowane,
europejskie. Kiedy w końcu zatrzymujemy się na jednej z grafik, rozpoznaję nazwy
ulic, które znam z wielogodzinnych spacerów. Mogłoby się wydawać, że to ta sama
Warszawa, ale z mapy gdzieniegdzie wyłaniają się niemieckie nazwy i niebieskie
granice, które na pierwszy rzut oka nie mają większego sensu.
Życie w okupowanej
Warszawie było naznaczone ciemnością. Reglamentacja dostaw prądu spowodowała,
że uliczne latarnie nie spełniały swych funkcji, a mieszkania spowijał mrok. W czasie,
gdy Warszawiacy nie mogli zaciemniać swoich okien, ludność żyjąca w okolicach
więzienia Pawiak była zobowiązana do zasłaniania ich ciemnym papierem. Czy stolica
w latach 1942-1944 była miastem skrajności? W jakim stopniu życie ówczesnych
mieszkańców zostało naznaczone przez sztucznie narzucone podziały? Na te
pytania szukają odpowiedzi profesor Jacek Leociak oraz doktor Paweł E.
Weszpiński. Ich wspólna publikacja zatytułowana Plan Warszawy 1942-1944.
Stadtplan Warschau to kompilacja świadectw z epoki zapisanych w dziennikach
i pamiętnikach oraz rzeczowe przedstawienie planu opracowanego przez Wojskowy
Urząd Kartografii i Pomiarów w Warszawie. Według badaczy plany Warszawy sprzed
wojny to połączenie miasta istniejącego z miastem przyszłości – dochodziło do
nakładania na mapy przyszłych przedsięwzięć planowanych w długoletniej
perspektywie. Okres wojenny to jedynie przedstawianie miasta istniejącego, bez
snucia odważnych marzeń i planów. W powojennej rzeczywistości zaczęto wracać
pomysłów z lat trzydziestych, aby na nowo stworzyć polską stolicę.
Zadaniem, jakie
postawili przed sobą, Leociak i Weszpiński, nie było przedstawienie historii
Warszawy okupacyjnej, która już została w przeszłości znakomicie opisana. Autorzy
za cel obrali sobie ukazanie sposobów doświadczenia przestrzeni miasta w tym
czasie z perspektywy niemieckiej, polskiej oraz żydowskiej. Mur getta
warszawskiego to nie jedyna groźna granica jawiąca się w zbiorowej świadomości
Warszawiaków. Mieszkańcy stolicy na co dzień musieli również mierzyć się z
murami niematerialnymi. Granicą nieprzekraczalną mogła okazać się tabliczka w
tramwaju oddzielająca Niemców od reszty społeczeństwa lub strzeżone obszary
ośrodków wojskowych. Plany miasta były płynne, a w szczególności zaznaczane na
nich niebieską linią granice getta. Obszar żydowskiej dzielnicy systematycznie
malał i przesuwał się z południa na północ, gdzie od 1942 rok w rejonie ulic
Stawki i Dzikiej dochodziło do deportacji ludności do obozu zagłady w
Treblince.
Stołeczność jest
przymiotem Warszawy do setek lat, jednak zdaniem profesora Krzysztofa
Komorowskiego, jednego z gości podczas premiery książki, w czasie okupacji miasto
jako stolica istniało jedynie w wymiarze pragmatycznym. Centrum polskości,
które swoją odwagą utrzymywało polskie społeczeństwo w nadziei na zwycięstwo,
miało pod rządami niemieckim stać się pospolitym ośrodkiem miejskim.
Stwierdzenie to można rozpatrywać pod kątem zbędnego romantyzowania historii,
jednak faktem jest, że gubernator Hans Frank doceniał działania Polskiego
Państwa Podziemnego w Warszawie i twierdził, że bez stolicy niemieckie problemy
z polskim ruchem oporu zmalałyby znacznie. Według autorów okupanci w latach
czterdziestych zmienili nazwy blisko dwustu siedemdziesięciu ulic na niemieckie
odpowiedniki, jednak i tutaj opór stawiała ludność cywilna, która uporczywie
używała polskiego nazewnictwa.
Przedwojenna Warszawa
była domem dla społeczeństwa różnorodnego i wielokulturowego. Ten obraz miasta
został zapomniany na długie lata, a Polacy żyli w przeświadczeniu, że naród
jest jednolity etnicznie. Po wielu latach stolica przyciąga swoimi
perspektywami ludzi z całego świata, którzy mieszkają obok siebie bez
wznoszenia wrogich murów.
Spotkanie autorskie
wokół książki Plan Warszawy 1942-1944. Stadtplan Warschau było
współfinansowane ze środków Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.
Tekst: Julia Szymikowska
Redakcja: Agnieszka Wójcińska
Today marks four years since Russia’s full‑scale invasion of Ukraine. From the very beginning, the Foundation for Polish‑German Cooperation has stood in solidarity with the victims of this brutal aggression. In March 2022, we launched the Fellowship Program for Journalists and War Correspondents from Ukraine to support those documenting the truth on the ground.
Today, we are announcing a new edition of this program – with profound respect for the heroic defense of Ukrainians and with unwavering belief in their victory.
Fellowship Program for Journalists and War Correspondents from Ukraine – SPRING 2026 EDITION
Foundation for Polish-German Cooperation announces scholarships for journalists and war correspondents in Ukraine:
– up to 2,250 EUR / 10,000 PLN
– for journalists, photo reporters and war correspondents from Ukraine
– CONDITION*: you are an Ukrainian journalist, based in Ukraine, covering the current situation in Ukraine
Please apply (in English, Polish or German) until April, 10 here:
Celem konkursu jest wsparcie dziennikarzy i dziennikarek, których twórczość podnosi wiedzę Polaków i Niemców o sąsiednim kraju i pozytywnie wpływa na jakość relacji polsko-niemieckich.
Zaproszenie kierujemy do dziennikarzy i dziennikarek z Polski i Niemiec, którzy przygotowują artykuły lub reportaże (prasowe, radiowe, telewizyjne, internetowe), fotoreportaże, a także książki dotyczące:
– wyzwań dla współpracy polsko-niemieckiej w Europie i na świecie;
– funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego w Europie;
– codzienności współpracy w obszarach przygranicznych;
– ekologii, także w kontekście europejskiej polityki energetycznej
Dofinansowanie może pokryć koszty kwerendy do artykułu lub reportażu (prasowego, radiowego, telewizyjnego, internetowego), fotoreportażu, a także książki – w Polsce, Niemczech lub w krajach sąsiednich.
O stypendium mogą ubiegać się dziennikarze i dziennikarki (z dorobkiem zawodowym) mieszkający/ mieszkające na stałe w Polsce lub w Niemczech. Stypendium wynosi maksymalnie 2500 Euro (jego wysokość zależy od charakteru kwerendy).
Wniosek o przyznanie stypendium powinien zawierać CV oraz jedną reprezentatywną publikację, koncepcję planowanej pracy oraz plan kosztów.
Informacji o stypendiach udziela: Joanna Czudec,
tel. + 48 22 338 62 65, E-mail: joanna.czudec@sdpz.org
35 lat Traktatu o dobrym sąsiedztwie – 35 lat FWPN
Skracamy do dwóch miesięcy terminy rozpatrywania wniosków w roku jubileuszowym 2026
W roku 2026 obchodzimy 35. rocznicę podpisania Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy pomiędzy Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec, w wyniku którego powołano do życia również Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej (FWPN).
Przez ostatnie 35 lat Fundacja wspierała i inicjowała wartościowe projekty bilateralne. Jubileusz zobowiązuje nas, aby zgodnie z naszą misją świętować go wspólnie z naszymi partnerami i wnioskodawcami. Zachęcamy do składania wniosków o dotację w ramach jubileuszowej linii projektowej „35 lat Traktatu o dobrym sąsiedztwie – 35 lat FWPN”.
Kto może składać wnioski?
· Polskie i niemieckie instytucje realizujące wspólny projekt w roku jubileuszowym
Zakres tematyczny
Linia „35 lat Traktatu o dobrym sąsiedztwie – 35 lat FWPN” jest skierowana do instytucji, które zamierzają wspólnie realizować projekt tematycznie związany z 35. rocznicą Traktatu o dobrym sąsiedztwie.
Terminy
· Składanie wniosków: od 31.01.2026 do 01.10.2026
· Realizacja projektów: od 01.04.2026 do 30.11.2026
· Rozliczenie projektów: najpóźniej do 15.12.2026
Wnioski można składać w trybie ciągłym w podanym okresie, z zachowaniem minimum dwumiesięcznego wyprzedzenia przed rozpoczęciem projektu.
Jak złożyć wniosek?
Wnioski należy składać poprzez Elektroniczny System Obsługi Wniosków (ISOW) na stronie: https://e-wnioski.fwpn.org.pl. Prosimy o zaznaczenie w tytule projektu, że wniosek jest składany w ramach linii „35”. Każdy wnioskodawca może złożyć tylko jeden wniosek w ramach linii„35 lat Traktatu o dobrym sąsiedztwie – 35 lat FWPN”.
· Poziom dofinansowania: do 80% całkowitych kosztów projektu
· Wypłata środków następuje w dwóch transzach: 80% na początku realizacji projektu, 20% po prawidłowym rozliczeniu końcowym
Szczegółowe informacje dotyczące zasad składania wniosków, realizacji projektów i rozliczeń znajdują się w ogólnych wytycznych na stronie FWPN.
Witają cię w
Polsce, ale do środka zapraszają po niemiecku. Pod warstwami degermanizacji
tętni drugie życie śląskiej architektury, udokumentowane przez Thomasa Voßbecka
i Dawida Smolorza. Gdzieś spomiędzy niemieckiego muru i polskiego tynku
dochodzą stłumione historią głosy budynków, opowiadające szeptem świadectwa
naszej wspólnej przeszłości. Do uważnego słuchania zaprasza wystawa ,,Znaki
czasu”.
Lata 80. XX
wieku, Zabrze. Codzienna droga do szkoły kuratora wystawy, Dawida Smolorza,
prowadzi obok budynku ze strzałką Guidowald. Po wojnie napisy zostały
zamalowane, jednak piętno czasu sprawiło, że czcionka znowu stała się widoczna.
Jej pierwotne, informacyjne przeznaczenie nie spełniało już swojej roli. Nikt
już nie mówił po niemiecku i nikt nie pamiętał, że Guidowald to nazwa
dzisiejszego Parku Powstańców Śląskich. Ta strzałka opowiada podwójną historię
– o swoim niemieckim początku i o późniejszych wpływach, które miały
doprowadzić do jej ostatecznego usunięcia z miejskiego krajobrazu.
Ta wyłaniająca
się po cichu historia stała się fundamentem projektu, który realizowali Thomas
Voßbeck i Dawid Smolorz. W latach 2018–2025 wspólnie przemierzali Śląsk,
dokumentując architektoniczne ślady Niemiec – napisy, detale i symbole, które
przetrwały burzliwy okres odniemczania. Efektem tej wieloletniej współpracy
jest wystawa ,,Znaki czasu”, którą można oglądać w Muzeum Śląskim w Görlitz.
Powojenne
zachłyśnięcie polskością sprawiło, że wszystko, co na Śląsku polskie nie było,
musiało zniknąć. Na osoby niemieckojęzyczne nakładano sankcje, takie jak
odmówienie rozpatrzenia sprawy w urzędzie, dopóki nie zostanie złożony wniosek
o zmianę imienia lub nazwiska na zgodne z pisownią polską. Wszystkie przypadki
posługiwania się mową niemiecką miały być raportowane. Ślady niepożądanego
niemieckiego dziedzictwa materialnego były niweczone, zamalowywane i kute.
Wtedy też budynkom odebrano prawo głosu. Zrzucono na obywateli obowiązek
usunięcia wszelkich napisów i szyldów w imię likwidacji śladów niemieckiej
historii i czasów okupacji.
Ich relikty
znikały – pod warstwami farby, gładzi i tynku. Ostały się tylko tam, gdzie nie
rzucały się w oczy. Jak wspomniał kurator wystawy, szczególnie dużą wartość z
perspektywy dokumentowania napisów mają miasta zaniedbane, takie jak Prudnik
czy Bytom, których władze nie przykładały tak wielkiej wagi do procesów
degermanizacji. Nie trzeba się więc szczególnie wysilać, aby spacerując ich
uliczkami dostać wiadomość z przeszłości.
Dyskusja
rozpoczynająca wystawę poruszyła również temat współczesnego podejścia to tego
rodzaju historycznych elementów architektury. Stanowisko w tej sprawie zajął
Daniel Gibski – Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków. Zwrócił uwagę na
problem braku regulacji prawnych w zakresie dawnych napisów. Wyjaśnił, że
kwestia ich ochrony jest zależna od wartości historycznej i związania napisu z
przeznaczeniem budynku. Jeżeli więc żadna z tych dwóch przesłanek nie jest
spełniona, właściciel nieruchomości może dowolnie rozporządzać takim napisem –
odrestaurować go, pozostawić w pierwotnym stanie lub usunąć. Zarówno kurator
wystawy Dawid Smolorz , jak i fotograf Thomas Voßbeck zwrócili uwagę, że
szczególnie istotny jest proces dokumentowania takich obiektów. Wyłaniają się
one bowiem spod tynku, jednak wysoce prawdopodobne jest, że w niedługiej
perspektywie ponownie znikną pod płytami termoizolacyjnymi lub warstwą farby.
Dzisiaj
niektóre budynki, dzięki świadomej renowacji, opowiadają historię dwujęzycznie.
Dobrym przykładem jest udokumentowana na wystawie świetlica wiejska w Pławnej,
która powstała w dawnej stacji położonej przy zamkniętej linii kolejowej.
Budynek został poddany gruntownej renowacji, odtworzono także napis z niemiecką
nazwą miejscowości Schmottseiffen – Lähn. Wzbudziło to kontrowersje wśród
mieszkańców, dlatego zdecydowano się na zasłonięcie go polskojęzyczną tablicą.
W drodze konsensusu postanowiono, że polska tablica przymocowana będzie na
długich śrubach, tak, aby oba napisy były widoczne. Stanowi to świadomą formę
propagowania dziedzictwa wielokulturowego, którego obecności na Śląsku nie
można zanegować.
Ojczystym
językiem wita klientów również butik Bäckerei w Bytomiu, pokazany na zdjęciach
prezentowanych na wystawie. Dawna piekarnia i cukierna Karla Maiera została
przekształcona w kiosk, przykrywając pierwotny napis plastikowym szyldem. Po
jego zdjęciu, nowym najemczyniom ukazała się poniemiecka czcionka, którą uznały
za genius loci tego miejsca i od tamtej pory w piekarnii można kupić lniane
ubrania bytomskiej marki.
Autorzy
zapowiadają, że to jeszcze nie koniec – wciąż będą podążać szlakiem niemieckich
reliktów, zanim te zamilkną na zawsze.
Wystawa ,,Znaki czasu” będzie
dostępna dla zwiedzających do 13 września 2026 roku. Ekspozycja i liczne
wydarzenia towarzyszące są współfinansowane ze środków Fundacji Współpracy
Polsko-Niemieckiej.