„Koniec z urlopem we wschodnich Niemczech. Nie jadę do tych nazistów”. Stara, nieistniejąca granica dzieląca komunistyczny wschód od demokratycznego zachodu wciąż przypomina Niemcom o ich skomplikowanej przeszłości. Chociaż mur z drutem kolczastym i szeregiem wież wartowniczych został zburzony ponad 35 lat temu, różnice pozostały i mają się dobrze.

Lata transformacji gospodarczej tuż po zjednoczeniu dla wschodnich landów nie były okresem prosperity. Dla Ossis (jak potocznie nazywa się mieszkańców byłej NRD) oznaczały zamykanie nierentownych fabryk, co wiązało się ze stratą pracy oraz rosnącym bezrobociem. Popularność idei zachodniego kapitalizmu, z którą ludzie wiązali duże nadzieje, rozczarowywała, budząc poczucie niesprawiedliwości i tęsknoty za „dobrymi”, „stabilnymi” czasami.

Dla Wessis (termin odnoszący się do mieszkańców RFN) ukształtowanych w zupełnie innych warunkach, wschodnie landy stanowiły coś nieznanego, nieoczywistego, a jednocześnie tak bardzo bliskiego. To oni mieli pomóc swoim wschodnim towarzyszom odnaleźć się w nowym systemie, stać się symbolem zamożnego Niemca, z dobrym samochodem i stabilną pracą.

Jednak zjednoczenie dla wschodu bardziej przypominało wcielenie. Zatarta granica państwowa nie doprowadziła do zatarcia się granicy mentalnej i tożsamościowej. Trauma transformacji nadal oddziałuje, a podział, choć niewidoczny na mapie, wciąż jest obecny w doświadczeniu społecznym. Niezadowolenie podsycane kolejnymi kryzysami politycznymi i stagnacją gospodarczą wyznacza dziś nowe linie tego podziału. Jaka jest dziś alternatywa dla rozczarowanych, zbuntowanych Ossis? Ta alternatywa to bunt i rewolucja przeciwko elitom – to Alternatywa dla Niemiec.

Dominujący stereotyp partii neonazistów z AfD to już niemal etykieta Wschodu, ale czy ta uproszczona wersja zdarzeń wytrzymuje zderzenie z rzeczywistością? A może to AfD, polityczne dziecko wschodu, wprowadza się także na zachód i przekształca Republikę? Jak jest naprawdę?

Łukasz Grajewski nie daje nam prostych odpowiedzi. Jego książka „Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata? Kulisy marszu AfD po władzę” jest wielowątkową historią partii układającą się w chronologiczną całość. Równolegle z rozwojem wydarzeń obserwujemy w niej klimat minionych dni, a Grajewski dokładnie szkicuje portrety swoich bohaterów, od „szarych” obywateli wspierających partię, po jej elity intelektualne i przywódców. Nie są to bohaterowie odizolowani od rzeczywistości, swoich emocji i uczuć, a także decyzji życiowych, jakie podejmują.

Historie o jakich można przeczytać w książce oddają specyfikę debaty politycznej toczącej się w RFN. Kryzys migracyjny, koronawirus, ataki terrorystyczne, recesja gospodarcza – to wszystko zmieściło się w 13-letniej historii Niemiec z AfD, usianej wzlotami i upadkami. Czytelnik z pewnością znajdzie coś dla siebie, samodzielnie kształtując własny odbiór. Pomocne w zrozumieniu szerokiego kontekstu książki było spotkanie autorskie z Łukaszem Grajewskim w

warszawskiej księgarni Big Book Cafe, 25 lutego 2026 roku, które poprowadziła Agnieszka Lichnerowicz (dziennikarka radia TOK FM).

AfD, zwana „Niebieskimi” od wiodącego koloru, jakim się posługują, od zawsze się wyróżniała. Jako jedyna partia w obecnej kadencji Bundestagu nie jest jeszcze pełnoletnia. A przeciwników ma już dojrzałych – Socjaldemokratyczna Partia Niemiec liczy sobie ponad sto lat. Także „Czarni” (Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna) i „Zieloni” (Die Grünen) są już dawno zespoloną częścią parlamentu. Najbliżej niebieskim (jak określa się AfD) jest do Die Linke (19 lat), chociaż to zupełnie przeciwny biegun polityczny. Wyborcy AfD to duża mieszanina, wcale nie tak jednorodna.

Zwolennikami Alternatywy jak najbardziej są młodzi. To także mieszkańcy miast, niebogatych dzielnic-blokowisk. Nieufni wobec systemu, mający za nic poprawność polityczną. Nie brakuje też osób starszych, jak i przedstawicieli mniejszych miejscowości. Są także Ruslanddeutsche – potomkowie niemieckich osadników ze Wschodu, którzy wrócili do heimatu w latach 90-tych.

Spoiwem jest skrajna antyimigranckość. Silna w byłej NRD ze złożoną historią, gdzie od lat organizowane są protesty i marsze. „Rewolucja” na wschodzie odbywa się także z (nie?)proszonymi gośćmi. Na ulicach Drezna, Chemnitz, Lipska czy Budziszyna przy różnych okazjach widoczni są radykałowie, przedstawiciele skrajnej prawicy. Z czarno-biało-czerwonymi flagami Cesarstwa Niemieckiego i hasłami nawiązującymi do „dziedzictwa” III Rzeszy.

Kadry niebieskich to również mieszanka. Czasami wybuchowa i skonfliktowana wewnętrznie. Łukasz Grajewski wspominał: – Rozluźniają się, gdy wyłączasz mikrofon, mówili to, co chcieli, a w większości odpowiedzi przy włączonym dyktafonie sytuację referowali tak samo, jak nauczono ich w takich przypadkach. Intrygujące pozostaje to niezarejestrowane, mrożące krew w żyłach. Jeden taki po długiej rozmowie zapędził się w rozważania na temat III Rzeszy i niemieckiej kultury wykraczającej „daleko” poza granice obecnych Niemiec. W tym przypadku nie była to polityczna agitacja, a świadome działanie.

Nowy mur narastający przez ostatnią dekadę również zaczyna się chwiać. Ale „zjednoczenie” przychodzi z zupełnie innego kierunku. Na zachodzie powoli pojawiają się niebieskie wysepki, ugruntowane już na wschodzie. Niebieska wysypka atakuje cały niemiecki organizm. Kto w końcu spodziewałby się szybkiego wzrostu notowań partii także tu, w postindustrialnym Zagłębiu Ruhry, części jednego z największych i najbogatszych landów Niemiec – Nadrenii Północnej Westfalii. AfD na razie nie jest zagrożeniem dla świata, ale już niedługo będzie nim dla Niemiec. Łukasz Grajewski w porównywaniu historii AfD do NSDAP jest ostrożny. – Przyglądajmy się jej uważnie, z dystansem, mając w głowie konsekwencje politycznej radykalizacji – podkreśla.

Tekst: Marcin Mikielski

Redakcja: Agnieszka Wójcińska

Publikacja książki Łukasza Grajewskiego powstała przy wsparciu stypendium dziennikarskiego Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, której przedstawiciele także wzięli udział w premierze.

Dziecko – 58,6 tony dwutlenku węgla rocznie. Ta liczba to
nie tylko statystyka. To nowy rodzaj grzechu pierworodnego. Tylko że tym razem
za jego popełnienie nie wygna nas z raju Bóg, lecz nasza świadomość.

Eva
Lohaus, jedna z bohaterek
książki, mówi krótko: „Chcesz mniej śmieci? Zredukuj liczbę tych, którzy
śmiecą”. To czysta matematyka. Dla niej rozmnażanie to „luksus, na który nas
nie stać”. Ale w całej książce Vereny Kessler jest coś jeszcze bardziej
dotkliwego niż wyrok Lohaus – to brak wyroku. Sina, jedna z głównych narratorek
„Ewy”, utknęła w świecie, w którym nikt nie ma odwagi powiedzieć: „To koniec.
Nie będziesz mieć dzieci”. Zamiast tego medycyna i znajome znajomych karmią ją
mitem, że jeśli odrzuci plastik, cukier i odnajdzie tę jedną magiczną pozycję w
jodze, to samo zaskoczy.

Pisarka
mistrzowsko zderza ze sobą dwie postawy, ale nie ironizuje z żadnej z nich.
Pozwala, aby ich języki brzmiały obok siebie. Podczas gdy Lohaus, aktywistka, z
którą Sina przeprowadza wywiad, mówi: „Odpuść, ocalisz planetę”, partner
dziennikarki, Milo, z rozbrajającą niewinnością odpowiada, że dzieci to „sens
życia”. Jednak to nie radykalizm ekolożki, lecz codzienność Mony, siostry Siny,
podważa jego idealizm. Patrząc na nią, bohaterka nie widzi spełnienia. Widzi
kobietę, której miłość do rodziny jest równie wielka, co jej zmęczenie, a
największym marzeniem nie jest ratowanie świata, lecz godzina ciszy i błękitne
niebo nad Ibizą.

Kiedy
Sina pyta inne kobiety o poród, odpowiedzi przypominają techniczne raporty z
pola walki – cztery kilogramy ciała, godziny bólu. Czysta fizjologia. Opowieści
tak samo rozczarowujące, jak lead artykułu, który opublikowała po rozmowie z Evą.
Nikt nie mówi o tym, co przyszła matka naprawdę chce usłyszeć. O tym, czy warto
sprowadzać dziecko na świat, któremu grozi ekologiczna katastrofa, i kto będzie przez to
cierpiał bardziej – ono, zmuszone żyć na zniszczonej planecie, czy my, drżąc o
to, jaki dom mu zostawiamy.

Różowa
plama krwi na śniegu po wypadku na sankach siostrzenicy Mila i oskarżycielskie pytanie
małego Jonny’ego: „Dlaczego jej nie trzymałaś?”, uświadamiają Sinie, że bycie
matką to nie tylko wspólne śpiewanie w samochodzie. To bycie tą, która zawsze
ma w plecaku zapasowy świat, podczas gdy ten prawdziwy właśnie pęka.

Kessler
buduje powieść z pozornie nieistotnych szczegółów. Dla Lohaus lalka z obciętymi
włosami i pomazanymi na niebiesko ustami jest odpadem. Śmieciem, który za sto
lat będzie dryfował w oceanie, jako dowód naszej pychy. Ale w środku nocy ta zabawka
staje się symbolem utraconego dzieciństwa i siostrzanej bliskości, której nie
da się przeliczyć na ślad węglowy.

Nie
oznacza to przecież, że Eva nie potrafi kochać. Tyle że jej serce, podobnie jak
jej dom, ma ściśle wytyczone strefy bezpieczeństwa. Leżąca pod stołem retrieverka
Maddie to miłość bezpieczna, bo pies nas nie
oskarży i nie postawi trudnych pytań o przyszłość. Nawet jeśli ta miłość
kosztuje planetę kolejne 12 ton dwutlenku węgla.

Kiedy
Sina obserwuje lincz na Lohaus po opublikowanym przez siebie wywiadzie,
zauważa, że ludzie rzucają się na aktywistkę nie dlatego, że się myli, ale byle
tylko nie przyznać jej racji. W słowach Evy odbijają się ich wakacje, steki i
SUV-y. W tym tłumie pojawia się jednak wyjątek – Jan, który w jej radykalizmie
odnajduje ulgę. Ulgę, że może leżeć nad jeziorem i nie musieć być niczyim
ojcem.

W spór o sens
rodzicielstwa w XXI wieku Kessler wplata jeszcze jeden głos – sąsiadkę Mony. To postać, która po cichu wynosi swoje traumy na
klatkę schodową bloku. Jej historia sprawia, że teoretyczne rozważania o
ekologii i spełnieniu nagle bledną, bo niektórych dylematów po prostu nie da
się rozstrzygnąć.

Powieść „Ewa” trafi do rąk polskich
czytelników nakładem Wydawnictwa Filtry, przy wsparciu Fundacji Współpracy
Polsko-Niemieckiej. To nie jest przypadkowy mecenat, gdyż lęk przed
przyszłością nie potrzebuje paszportu, a dylematy Evy Lohaus, choć osadzone w
niemieckich realiach, w Polsce brzmią równie głośno. Kessler, jako
reprezentantka dzisiejszych trzydziestolatków, nie opisuje ich emocji, lecz
fizyczne objawy. Utrzymana w reporterskim stylu powieść, to nie instrukcja
walki z ociepleniem klimatu lecz studium lęku. Opowieść o czasach, w których
miłość do dziecka staje się aktem egoizmu, a jej brak – pustką, której nie
wypełni żadna ideologia. 

Eva nie chce być tą, która siedzi „z
założonymi rękami”, gdy woda wdziera się na pokład. Kessler zostawia nas więc z
pytaniem, co zrobimy, gdy ta woda dosięgnie i nas. Będziemy budować arkę czy
samotnie dryfować na różowym materacu, udając, że nie widzimy brzegu?

Tekst: Jagoda Janicka

Redakcja: Agnieszka Wójcińska

Czy o okupacji
Warszawy powiedziano i napisano już wszystko? Czy wspomnienia z epoki można
połączyć w jednej pozycji z dokumentami kartograficznymi? „Plan Warszawy
1942-1944. Stadtplan Warschau” to książka rozprawiająca się z traumatyczną
przeszłością nieszablonowo i nowatorsko.

Premiera pozycji odbyła
się 11 lutego 2026 roku w Kinie Syrena w Warszawie. Spotkanie poprowadził dr
Krzysztof Mordyński, historyk zajmujący się dziejami architektury i urbanistyki
Warszawy, a jego gośćmi byli prof. dr hab. Krzysztof Komorowski, pułkownik WP w
stanie spoczynku, prof. dr hab. Jacek Leociak, kierownik Zakładu Badań nad
Literaturą Zagłady Instytutu Badań Literackich PAN, dr Paweł E. Weszpiński,
geograf, kartograf oraz kustosz Muzeum Warszawy oraz Witold Pietruszewicz,
geograf, kartograf i urbanista.

Na zmieniających się slajdach
można dostrzec zarys miasta, które dzisiaj znamy jako nowoczesne, rozbudowane,
europejskie. Kiedy w końcu zatrzymujemy się na jednej z grafik, rozpoznaję nazwy
ulic, które znam z wielogodzinnych spacerów. Mogłoby się wydawać, że to ta sama
Warszawa, ale z mapy gdzieniegdzie wyłaniają się niemieckie nazwy i niebieskie
granice, które na pierwszy rzut oka nie mają większego sensu.

Życie w okupowanej
Warszawie było naznaczone ciemnością. Reglamentacja dostaw prądu spowodowała,
że uliczne latarnie nie spełniały swych funkcji, a mieszkania spowijał mrok. W czasie,
gdy Warszawiacy nie mogli zaciemniać swoich okien, ludność żyjąca w okolicach
więzienia Pawiak była zobowiązana do zasłaniania ich ciemnym papierem. Czy stolica
w latach 1942-1944 była miastem skrajności? W jakim stopniu życie ówczesnych
mieszkańców zostało naznaczone przez sztucznie narzucone podziały? Na te
pytania szukają odpowiedzi profesor Jacek Leociak oraz doktor Paweł E.
Weszpiński. Ich wspólna publikacja zatytułowana Plan Warszawy 1942-1944.
Stadtplan Warschau
to kompilacja świadectw z epoki zapisanych w dziennikach
i pamiętnikach oraz rzeczowe przedstawienie planu opracowanego przez Wojskowy
Urząd Kartografii i Pomiarów w Warszawie. Według badaczy plany Warszawy sprzed
wojny to połączenie miasta istniejącego z miastem przyszłości – dochodziło do
nakładania na mapy przyszłych przedsięwzięć planowanych w długoletniej
perspektywie. Okres wojenny to jedynie przedstawianie miasta istniejącego, bez
snucia odważnych marzeń i planów. W powojennej rzeczywistości zaczęto wracać
pomysłów z lat trzydziestych, aby na nowo stworzyć polską stolicę.

Zadaniem, jakie
postawili przed sobą, Leociak i Weszpiński, nie było przedstawienie historii
Warszawy okupacyjnej, która już została w przeszłości znakomicie opisana. Autorzy
za cel obrali sobie ukazanie sposobów doświadczenia przestrzeni miasta w tym
czasie z perspektywy niemieckiej, polskiej oraz żydowskiej. Mur getta
warszawskiego to nie jedyna groźna granica jawiąca się w zbiorowej świadomości
Warszawiaków. Mieszkańcy stolicy na co dzień musieli również mierzyć się z
murami niematerialnymi. Granicą nieprzekraczalną mogła okazać się tabliczka w
tramwaju oddzielająca Niemców od reszty społeczeństwa lub strzeżone obszary
ośrodków wojskowych. Plany miasta były płynne, a w szczególności zaznaczane na
nich niebieską linią granice getta. Obszar żydowskiej dzielnicy systematycznie
malał i przesuwał się z południa na północ, gdzie od 1942 rok w rejonie ulic
Stawki i Dzikiej dochodziło do deportacji ludności do obozu zagłady w
Treblince.

Stołeczność jest
przymiotem Warszawy do setek lat, jednak zdaniem profesora Krzysztofa
Komorowskiego, jednego z gości podczas premiery książki, w czasie okupacji miasto
jako stolica istniało jedynie w wymiarze pragmatycznym. Centrum polskości,
które swoją odwagą utrzymywało polskie społeczeństwo w nadziei na zwycięstwo,
miało pod rządami niemieckim stać się pospolitym ośrodkiem miejskim.
Stwierdzenie to można rozpatrywać pod kątem zbędnego romantyzowania historii,
jednak faktem jest, że gubernator Hans Frank doceniał działania Polskiego
Państwa Podziemnego w Warszawie i twierdził, że bez stolicy niemieckie problemy
z polskim ruchem oporu zmalałyby znacznie. Według autorów okupanci w latach
czterdziestych zmienili nazwy blisko dwustu siedemdziesięciu ulic na niemieckie
odpowiedniki, jednak i tutaj opór stawiała ludność cywilna, która uporczywie
używała polskiego nazewnictwa.

Przedwojenna Warszawa
była domem dla społeczeństwa różnorodnego i wielokulturowego. Ten obraz miasta
został zapomniany na długie lata, a Polacy żyli w przeświadczeniu, że naród
jest jednolity etnicznie. Po wielu latach stolica przyciąga swoimi
perspektywami ludzi z całego świata, którzy mieszkają obok siebie bez
wznoszenia wrogich murów.

Spotkanie autorskie
wokół książki Plan Warszawy 1942-1944. Stadtplan Warschau było
współfinansowane ze środków Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Tekst: Julia Szymikowska

Redakcja: Agnieszka Wójcińska

Today marks four years since Russia’s full‑scale invasion of Ukraine. From the very beginning, the Foundation for Polish‑German Cooperation has stood in solidarity with the victims of this brutal aggression. In March 2022, we launched the Fellowship Program for Journalists and War Correspondents from Ukraine to support those documenting the truth on the ground.

Today, we are announcing a new edition of this program – with profound respect for the heroic defense of Ukrainians and with unwavering belief in their victory.

Fellowship Program for Journalists and War Correspondents from Ukraine – SPRING 2026 EDITION

Foundation for Polish-German Cooperation announces scholarships for journalists and war correspondents in Ukraine:

–          up to 2,250 EUR / 10,000 PLN

–          for journalists, photo reporters and war correspondents from Ukraine

–          CONDITION*: you are an Ukrainian journalist, based in Ukraine, covering the current situation in Ukraine

Please apply (in English, Polish or German) until April, 10 here:

https://journalists-ukraine.fwpn.org.pl

Contact: Joanna Czudec: Tel.: +48 22 338 62 65, E-Mail: joanna.czudec@sdpz.org

Celem konkursu jest wsparcie dziennikarzy i dziennikarek, których twórczość podnosi wiedzę Polaków i Niemców o sąsiednim kraju i pozytywnie wpływa na jakość relacji polsko-niemieckich.

Zaproszenie kierujemy do dziennikarzy i dziennikarek z Polski i Niemiec, którzy przygotowują artykuły lub reportaże (prasowe, radiowe, telewizyjne, internetowe), fotoreportaże, a także książki dotyczące:

–      wyzwań dla współpracy polsko-niemieckiej w Europie i na świecie;

–      funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego w Europie;

–      codzienności współpracy w obszarach przygranicznych;

–      ekologii, także w kontekście europejskiej polityki energetycznej

Dofinansowanie może pokryć koszty kwerendy do artykułu lub reportażu (prasowego, radiowego, telewizyjnego, internetowego), fotoreportażu, a także książki – w Polsce, Niemczech lub w krajach sąsiednich.

O stypendium mogą ubiegać się dziennikarze i dziennikarki (z dorobkiem zawodowym) mieszkający/ mieszkające na stałe w Polsce lub w Niemczech. Stypendium wynosi maksymalnie 2500 Euro (jego wysokość zależy od charakteru kwerendy).

Wniosek o przyznanie stypendium powinien zawierać CV oraz jedną reprezentatywną publikację, koncepcję planowanej pracy oraz plan kosztów.

Wnioski prosimy składać w języku polskim lub niemieckim tutaj: https://dziennikarze-journalisten.fwpn.org.pl

Termin nadsyłania wniosków: 10 kwietnia 2026 r.

Informacji o stypendiach udziela: Joanna Czudec,
tel. + 48 22 338 62 65, E-mail: joanna.czudec@sdpz.org

35 lat Traktatu o dobrym sąsiedztwie – 35 lat FWPN

Skracamy do dwóch miesięcy terminy rozpatrywania wniosków w roku jubileuszowym 2026

W roku 2026 obchodzimy 35. rocznicę podpisania Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy pomiędzy Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec, w wyniku którego powołano do życia również Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej (FWPN).

Przez ostatnie 35 lat Fundacja wspierała i inicjowała wartościowe projekty bilateralne. Jubileusz zobowiązuje nas, aby zgodnie z naszą misją świętować go wspólnie z naszymi partnerami i wnioskodawcami. Zachęcamy do składania wniosków o dotację w ramach jubileuszowej linii projektowej „35 lat Traktatu o dobrym sąsiedztwie – 35 lat FWPN”.

Kto może składać wnioski?

· Polskie i niemieckie instytucje realizujące wspólny projekt w roku jubileuszowym

Zakres tematyczny

Linia „35 lat Traktatu o dobrym sąsiedztwie – 35 lat FWPN” jest skierowana do instytucji, które zamierzają wspólnie realizować projekt tematycznie związany z 35. rocznicą Traktatu o dobrym sąsiedztwie.

Terminy

· Składanie wniosków: od 31.01.2026 do 01.10.2026

· Realizacja projektów: od 01.04.2026 do 30.11.2026

· Rozliczenie projektów: najpóźniej do 15.12.2026

Wnioski można składać w trybie ciągłym w podanym okresie, z zachowaniem minimum dwumiesięcznego wyprzedzenia przed rozpoczęciem projektu.

Jak złożyć wniosek?

Wnioski należy składać poprzez Elektroniczny System Obsługi Wniosków (ISOW) na stronie: https://e-wnioski.fwpn.org.pl. Prosimy o zaznaczenie w tytule projektu, że wniosek jest składany w ramach linii „35”. Każdy wnioskodawca może złożyć tylko jeden wniosek w ramach linii„35 lat Traktatu o dobrym sąsiedztwie – 35 lat FWPN”.

Warunki dofinansowania

· Maksymalna kwota dotacji: 30 000 PLN / 7 000 EUR

· Poziom dofinansowania: do 80% całkowitych kosztów projektu

· Wypłata środków następuje w dwóch transzach: 80% na początku realizacji projektu, 20% po prawidłowym rozliczeniu końcowym

Szczegółowe informacje dotyczące zasad składania wniosków, realizacji projektów i rozliczeń znajdują się w ogólnych wytycznych na stronie FWPN.

Witają cię w
Polsce, ale do środka zapraszają po niemiecku. Pod warstwami degermanizacji
tętni drugie życie śląskiej architektury, udokumentowane przez Thomasa Voßbecka
i Dawida Smolorza. Gdzieś spomiędzy niemieckiego muru i polskiego tynku
dochodzą stłumione historią głosy budynków, opowiadające szeptem świadectwa
naszej wspólnej przeszłości. Do uważnego słuchania zaprasza wystawa ,,Znaki
czasu”.

Lata 80. XX
wieku, Zabrze. Codzienna droga do szkoły kuratora wystawy, Dawida Smolorza,
prowadzi obok budynku ze strzałką Guidowald. Po wojnie napisy zostały
zamalowane, jednak piętno czasu sprawiło, że czcionka znowu stała się widoczna.
Jej pierwotne, informacyjne przeznaczenie nie spełniało już swojej roli. Nikt
już nie mówił po niemiecku i nikt nie pamiętał, że Guidowald to nazwa
dzisiejszego Parku Powstańców Śląskich. Ta strzałka opowiada podwójną historię
– o swoim niemieckim początku i o późniejszych wpływach, które miały
doprowadzić do jej ostatecznego usunięcia z miejskiego krajobrazu.

Ta wyłaniająca
się po cichu historia stała się fundamentem projektu, który realizowali Thomas
Voßbeck i Dawid Smolorz. W latach 2018–2025 wspólnie przemierzali Śląsk,
dokumentując architektoniczne ślady Niemiec – napisy, detale i symbole, które
przetrwały burzliwy okres odniemczania. Efektem tej wieloletniej współpracy
jest wystawa ,,Znaki czasu”, którą można oglądać w Muzeum Śląskim w Görlitz.

Powojenne
zachłyśnięcie polskością sprawiło, że wszystko, co na Śląsku polskie nie było,
musiało zniknąć. Na osoby niemieckojęzyczne nakładano sankcje, takie jak
odmówienie rozpatrzenia sprawy w urzędzie, dopóki nie zostanie złożony wniosek
o zmianę imienia lub nazwiska na zgodne z pisownią polską. Wszystkie przypadki
posługiwania się mową niemiecką miały być raportowane. Ślady niepożądanego
niemieckiego dziedzictwa materialnego były niweczone, zamalowywane i kute.
Wtedy też budynkom odebrano prawo głosu. Zrzucono na obywateli obowiązek
usunięcia wszelkich napisów i szyldów w imię likwidacji śladów niemieckiej
historii i czasów okupacji.

Ich relikty
znikały – pod warstwami farby, gładzi i tynku. Ostały się tylko tam, gdzie nie
rzucały się w oczy. Jak wspomniał kurator wystawy, szczególnie dużą wartość z
perspektywy dokumentowania napisów mają miasta zaniedbane, takie jak Prudnik
czy Bytom, których władze nie przykładały tak wielkiej wagi do procesów
degermanizacji. Nie trzeba się więc szczególnie wysilać, aby spacerując ich
uliczkami dostać wiadomość z przeszłości.

Dyskusja
rozpoczynająca wystawę poruszyła również temat współczesnego podejścia to tego
rodzaju historycznych elementów architektury. Stanowisko w tej sprawie zajął
Daniel Gibski – Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków. Zwrócił uwagę na
problem braku regulacji prawnych w zakresie dawnych napisów. Wyjaśnił, że
kwestia ich ochrony jest zależna od wartości historycznej i związania napisu z
przeznaczeniem budynku. Jeżeli więc żadna z tych dwóch przesłanek nie jest
spełniona, właściciel nieruchomości może dowolnie rozporządzać takim napisem –
odrestaurować go, pozostawić w pierwotnym stanie lub usunąć. Zarówno kurator
wystawy Dawid Smolorz , jak i fotograf Thomas Voßbeck zwrócili uwagę, że
szczególnie istotny jest proces dokumentowania takich obiektów. Wyłaniają się
one bowiem spod tynku, jednak wysoce prawdopodobne jest, że w niedługiej
perspektywie ponownie znikną pod płytami termoizolacyjnymi lub warstwą farby.

Dzisiaj
niektóre budynki, dzięki świadomej renowacji, opowiadają historię dwujęzycznie.
Dobrym przykładem jest udokumentowana na wystawie świetlica wiejska w Pławnej,
która powstała w dawnej stacji położonej przy zamkniętej linii kolejowej.
Budynek został poddany gruntownej renowacji, odtworzono także napis z niemiecką
nazwą miejscowości Schmottseiffen – Lähn. Wzbudziło to kontrowersje wśród
mieszkańców, dlatego zdecydowano się na zasłonięcie go polskojęzyczną tablicą.
W drodze konsensusu postanowiono, że polska tablica przymocowana będzie na
długich śrubach, tak, aby oba napisy były widoczne. Stanowi to świadomą formę
propagowania dziedzictwa wielokulturowego, którego obecności na Śląsku nie
można zanegować.

Ojczystym
językiem wita klientów również butik Bäckerei w Bytomiu, pokazany na zdjęciach
prezentowanych na wystawie. Dawna piekarnia i cukierna Karla Maiera została
przekształcona w kiosk, przykrywając pierwotny napis plastikowym szyldem. Po
jego zdjęciu, nowym najemczyniom ukazała się poniemiecka czcionka, którą uznały
za genius loci tego miejsca i od tamtej pory w piekarnii można kupić lniane
ubrania bytomskiej marki.

Autorzy
zapowiadają, że to jeszcze nie koniec – wciąż będą podążać szlakiem niemieckich
reliktów, zanim te zamilkną na zawsze.

Wystawa ,,Znaki czasu” będzie
dostępna dla zwiedzających do 13 września 2026 roku. Ekspozycja i liczne
wydarzenia towarzyszące są współfinansowane ze środków Fundacji Współpracy
Polsko-Niemieckiej.

Tekst: Julia Minkowska

Redakcja: Agnieszka Wójcińska

Cztery
kobiety, których losy splatają się z trudną historią Niemiec od początku XX w.
aż do współczesności. Reżyserka „Wpatrując się w słońce” Masha Schilinski sięga
po ich kobiece lęki oraz traumy, by przepuścić je przez własną wrażliwość.
Wychodzi z tego obraz subtelny, ale zarazem będący stanowczym głosem na temat
przemocy.

Mucha.
Mucha widzi. Przylatuje i odlatuje. Zbliża się do policzka bohaterki, a
następnie wzbija w powietrze. Dotyka zmarłego, irytuje żywego. Ktoś jej się
tylko przypatruje, a mniej cierpliwy odpędza dłonią. W filmie „Wpatrując się w
słońce” Maschy Schilinski poznajemy świat w pewnym stopniu dosłownie, a w
pewnym metaforycznie, patrząc na niego właśnie oczami muchy. Mucha bowiem zachowuje
się dokładnie jak kamera. Nie tylko widzi, ale przeciska się nawet przez drzwi,
które są na pozór zamknięte.

Niemiecka
reżyserka z jej perspektywy pokazuje różne fragmenty życia swoich bohaterek. Korzysta
z mozaikowej narracji, by ukazać niełatwe losy czterech kobiet na przestrzeni
paru pokoleń. Wszystkie łączy dom w regionie Altmark, w którym każda z nich
mieszka w innym czasie.

Zmieniająca
się sytuacja Niemiec wpływa na losy i działania każdej z głównych bohaterek  Opowieść obejmuje okres od początków XX w. aż
po obecne czasy, a więc: I wojnę światową, II wojnę światową, podział Niemiec
na RFN i NRD, i wreszcie łatwiejsze nieco czasy współczesne. Dla Schilinski historia
Niemiec staje się tłem, na którym przedstawia szersze, egzystencjalne tematy. 

Najistotniejszym
z nich jest kobiecość. Reżyserka koncentruje się na jej najbardziej traumatycznym
obliczu związanym z przemocą, jakiej w różnych formach kobiety doświadczają.
Konkluzja jest ponura – narażenie na nią zdaje się przechodzić mimochodem z
jednej bohaterki na drugą, pomimo upływu czasu. Nie mamy tu jednak do czynienia
z naturalistycznym zobrazowaniem przemocy, czy związanego z nią wstydu i
strachu, a niesamowicie subtelnym. Reżyserka otula swoje postaci zrozumieniem,
ciepłem i troską. Widać to po samym sposobie nakręcenia produkcji – ziarnistość
kadru, zdjęcia kręcone kamerą otworkową, czy sposób budowania obrazu i dbałość
o najmniejsze detale. Trudno widzowi pozostać obojętnym na taki majstersztyk
wizualny. Powoli, stopniowo zatapia się w historii naszych zachodnich sąsiadek
i zaczyna rozumieć ich świat.

Argumentem
przeciw temu obrazowi mógłby być fakt, że w kinie pełno jest filmów o trudnej
sytuacji kobiet, czy to ukazanej z współczesnej perspektywy, czy historycznej. To
temat, po który twórcy oraz twórczynie sięgają nieustannie. Można wspomnieć
chociażby o stosunkowo niedawnych produkcjach, tj.:  dobitnym „Domu
dobrym” Wojtka Smarzowskiego, budzącym nadzieję „Jutro będzie nasze” Paoli
Cortellesi lub „Rzeczach niezbędnych” Kamili Tarabury.

„Wpatrując
się w słońce” ma w sobie jednak metafizyczną siłę, którą rzadko kiedy napotykamy
w codziennej narracji. W świecie epatującym w mediach sprawami takimi,  jak historia Gisele Pelicot, akta Epsteina czy
rozbieranie kobiet (i nie tylko ich) za pomocą sztucznej inteligencji –
potrzebny jest czuły, ale stanowczy głos. I właśnie nim przemawia Mascha
Schilinski. 

Tegoroczna
edycja Tygodnia Filmu Niemieckiego rozpoczęła się 23 stycznia i potrwała aż do
5 lutego, goszcząc w dziesięciu największych miastach w Polsce. Przegląd kina
naszego zachodniego sąsiada zorganizowały Dom Norymberski w Krakowie, Goethe
Institut Warschau oraz Konsulat Generalny Niemiec we Wrocławiu, przy wsparciu
finansowym Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Więcej informacji o
projekcie można znaleźć na oficjalnej stronie organizatora: https://tydzien-filmu-niemieckiego.pl/#niemieckiego

Tekst: Katarzyna Georgiev

Redakcja: Agnieszka Wójcińska

Diagnoza
obecnej sytuacji w Europie oraz przewidywania na przyszłość były tematem
spotkania wokół książki Carlo Masali „Jeśli Rosja wygra. Scenariusz”. W tej
wizji przyszłości Europa staje przed trudnymi wyborami, których konsekwencje
okazują się mniej odległe niż mogłoby się wydawać.

13 stycznia 2025 roku Carlo Masala, profesor politologii na
Uniwersytecie Bundeswehry w Monachium, gdzie pełni funkcję dyrektora Centrum
Studiów Wywiadowczych i Bezpieczeństwa, był gościem w siedzibie Fundacji
Współpracy Polsko-Niemieckiej. Spotkanie zgromadziło ambasadorów, dyplomatów,
dziennikarzy i wszystkich tych, którzy z niepokojem obserwują sytuację za
wschodnią granicą. Dotyczyło książki Masali „Jeśli Rosja wygra. Scenariusz”,
która w tłumaczeniu Joanny Czudec ukazała się w listopadzie 2025 roku nakładem
wydawnictwa W.A.B. Poprowadziła je Agnieszka Lichnerowicz, reporterka radia TOK
FM.

Carlo Masala to ekspert od tematyki relacji Europy i Rosji.
Na poprzednim stanowisku był zastępcą dyrektora w dziale badań NATO Defense
College w Rzymie. Szerszej publiczności jest znany dzięki wypowiedziom w
mediach nt. rosyjskiej inwazji na Ukrainę m.in. w podcaście
„Sicherheitshalber”, którego jest gospodarzem.

Pierwsza
wypowiedź profesora była stanowcza: – TAK. Scenariusz jest aktualny. Nie wierzę
w rozejm ze strony Rosji. W skierowanych do publiczności wypowiedziach Carlo
Masala stanowczo nawoływał do mobilizacji i bez wahania mówił o zagrożeniu ze
strony reżimu o ambicjach neoimperialnych. Z jego słów wybrzmiewało: My,
Europejczycy, musimy stać na warcie.

Czy NATO
albo Europa ma plan? Czy wiemy, co zrobilibyśmy, gdyby Rosja najechała Narwę? W
Europie chcemy zajmować się wszystkim w równym stopniu, nie priorytetyzujemy
wydatków na obronność i wsparcie militarne Ukrainy. Nie zdefiniowaliśmy tego, o
co właściwie walczymy jako jej sojusznicy. W tej sytuacji geopolitycznej to
błąd. Należy jasno wyznaczyć priorytety i cele. To będzie wiązało się z
wyrzeczeniami, ale taka jest cena, którą musimy zapłacić za wolność. Estońska
Narwa to graniczące z Rosją miasto, zamieszkane przez 50 tys. ludzi, wśród
których zdecydowana większość to Rosjanie. Carlo Masala na przykładzie tej
miejscowości pokazuje, że Europa nie jest gotowa na próbę, której może zostać
poddana – jego zdaniem NATO w sytuacji inwazji nie odważyłoby się uruchomić
artykułu 5, co dałoby Rosjanom zielone światło do dalszej ekspansji.

Autor
książki stawia sprawę jasno – naszym celem powinno być powstrzymanie Rosji i
obrona demokracji. Nie ma mowy o negocjacjach – Putin widzi partnera tylko w
USA, które nie uwzględniają w rozmowach stanowiska europejskiego. Rząd
niemiecki – o czym przekonywał prelegent – jest w kwestii rosyjskiej
jednomyślny. Dlatego to Niemcy powinny objąć w Europie wiodącą pozycję:
dysponują największą armią, którą sukcesywnie modernizują i dozbrajają. To
Niemcy byliby w stanie zmobilizować europejskich sojuszników do działania.
”Zdolności” i „zjednoczenie” – te hasła oraz nawoływanie do gotowości w
przypadku potencjalnego ataku powtarzano podczas spotkania najczęściej.

Dyskusja nie
ograniczała się wyłącznie do perspektywy polskiej czy niemieckiej. Jasnym jest,
że obywatele państw graniczących z Rosją czują na karku jej zimny oddech.
Inaczej wygląda sytuacja w Portugalii czy Hiszpanii. Geograficznie oddalone od
pola rażenia rosyjskich działań, wcale nie są bezpieczne – prowadzona przez
Rosjan wojna hybrydowa podkopuje fundamenty demokracji w całej Europie. Coraz
więcej ludzi traci wiarę w zdolność krajów demokratycznych do rozwiązywania
problemów i przeciwdziałania im. Carlo Masala uczulał na to, że rosyjska
propaganda zbiera swoje plony. Mogliśmy to zaobserwować podczas ostatnich
wyborów w Niemczech, w których 25% obywateli zagłosowało na partie o
prorosyjskich zapatrywaniach.

Gość
spotkania postawił diagnozę jasno: „Putin stawia na zmęczenie społeczeństw,
które wspierają Ukrainę”. I faktycznie ta strategia ma się dobrze. Pomoc dla
Ukrainy odgrywa ważną rolę w kampaniach wyborczych wielu krajów – ludzie
opowiadają się za dobrobytem, nie chcą znosić niewygód związanych z wydatkami
na zbrojenia, czy dofinansowywaniem innego państwa. Musimy zrozumieć, że to
także jest nasza wojna i niestety nie da się jej wygrać bez nadwerężenia
budżetu. Jest to cena za wolność, którą Niemcy już odczuwają w postaci wyższych
cen gazu.

Scenariusz,
o którym była mowa jest czarny, ale jego wizja może przyczynić się do tego, by
rządzący podjęli działania, które zapobiegną wybuchowi pełnoskalowego
konfliktu. Europa jest mocniejsza niż jej się wydaje – padło, w którymś
momencie na sali.

Tekst: Julia
Woszczek

Redakcja:
Agnieszka Wójcińska