Sprawozdanie – zło. Zło
konieczne. Zło wyklepane, oklepane, odklepane.
Grube, krwistoczerwone oprawki okularów.
– Po co zasłania taką ładną twarz? – pomyślałam. –
Na pewno indywidualistka – zgadywałam. – A może dziennikarska hipsterka?
Powiedziała, że nazywa się Magda Kicińska. Obiło mi
się o uszy to nazwisko.
– Poprowadzę dla was zajęcia z relacjonowania
wydarzeń – oświadczyła. – Zajmiemy się dwoma gatunkami: relacją i sprawozdaniem
– dodała.
O nie! Relacja, sprawozdanie – zło. Zło konieczne.
Zło wyklepane, oklepane, odklepane. Nudne jak flaki z olejem.
„Wczoraj o godzinie takiej i owakiej odbyła się
konferencja poświęcona zagadnieniu temu i owemu. Wzięli w niej udział
przedstawiciele instytucji tej i owej. Rozmowa traktowała o tym i owym” –
z takimi suchymi, bez polotu sformułowaniami kojarzyły mi się sprawozdania
i relacje. Nie, żebym nie potrafiła pisać. Nie, żebym nigdy nie napisała
jakiegoś lepszego sprawozdania. Przecież mój pierwszy, mały sukces
dziennikarski, to była relacja z zamkniętego koncertu grupy Perfect. I co z
tego, skoro później wiele razy byłam zmuszona do czytania, pisania albo
wysłuchiwania bezpłciowych relacji, dobrych tylko na bezsenność. Wyłączałam się
po dwóch pierwszych zdaniach. Drażnił mnie banał. Całe życie chcę przed nim
uciec. I przed nudą. Nudnym banałem. Jego boję się najbardziej, choć chyba
każdy czasami wdepnie w to… błoto. Przypadkowo, niechcący, przez nieuwagę. Wtedy
znajduje kawałek trawy i pospiesznie wyciera zabrudzonego buta, żeby tylko nikt
nie zauważył. I, nie daj Boże!, nie poczuł. Sprawozdanie wydawało mi się
gatunkiem, w którym z premedytacją tapla się w błocie. A ja zawsze byłam
czyściochem.
Siedzę wśród siedmiu głów. Każda oczekuje pewnie
czegoś innego od tych zajęć. Kilka ma może nadzieję na garść złotych rad, albo
przynajmniej użytecznych wskazówek, jak nie wpakować się w korek. Wyjechać
na autostradę kreatywności i polotu, albo przynajmniej znaleźć płynny objazd.
Suchą drogę do dobrego sprawozdania, po przeczytaniu którego nikt nie stwierdzi:
„Aleś umoczył!”. A może poczekać na pociąg? Złapać pociąg relacji… pociąg
do relacji.
– Po pierwsze: precz z aptekarskimi sprawozdaniami –
kategorycznie stwierdziła Magda.
No tak, nie ma nudniejszej lektury niż „przed
użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj
się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża
twojemu życiu lub zdrowiu”.
– Po drugie: wrażliwość na szczegół – doradziła.
Tutaj pojawiły się schody. Uświadomiłam sobie, jak
bardzo niedowidzę. I nie mam na myśli mojej krótkowzroczności, która nie może
obejść się bez soczewek kontaktowych. Niedowidzę nawet w soczewkach. Bo
zatapiam się w swoich myślach. Nieuważnie obserwuję. Bo niby obserwuję, a za
chwilę się wyłączam. Bo media, politycy, rzecznicy prasowi wtłaczają mi do
głowy okrągłe sformułowania, które nic nie znaczą. A ja je później bezmyślnie
powtarzam. Zapisuję. Przepisuję. Zamiast dopytać: a co to właściwie znaczy? Co
masz pan na myśli? Co pan przez to rozumiesz?
– Po trzecie: nie wracajcie w koleiny i schematy,
pomyślcie o czymś w inny sposób – zachęciła prowadząca.
Ale jak to? Że niby konferencja się nie odbyła? Że
niby nie miała miejsca? Że niby nikt nie brał udziału? Że niby nie była
interesująca? Że niby nie wniosła nic nowego do polskiej debaty publicznej? Że
niby ideologia gender…
Moje rozmyślania przerwała kolejna wskazówka.
– Po czwarte: bawcie się formą! – przynagliła Magda
Kicińska.
Ooo, piękna pani, do zabaw wszelakich to mnie długo
namawiać nie trzeba:
Pewnego styczniowego dnia w Warszawie kilka głów
główkowało, co by się ich dziennikarskie pstro nie imało. Relacjonować chcieli
oryginalnie, nie kończąc przy tym marnie.
– Aha, imiesłowom mówimy stanowcze „nie”! –
przypomniała sobie (i nam) Magda.
Pewnego styczniowego dnia w Warszawie kilka głów
główkowało, co by się ich dziennikarskie pstro nie imało. Relacjonować chcieli
oryginalnie i nie skończyć przy tym marnie. Pozbywam się imiesłowowej maniery
kretyńskiej, aby dogodzić Kicińskiej!!! Nerwy mam na nią jak dwa kraje, ale –
chętnie przyznaję – dużo mi to daje.
Jak zakończyć ten częstochowski poemat? Może
prośbą…
Zacznijmy nowy temat!
Martyna Słowik