Cisza, to przyzwolenie na nienawiść

Nie potrafił milczeć, gdy jako nastolatek obserwował pogrom w Rostocku. Nie potrafił zamilknąć również wiele lat później, gdy krytykował Edrogana. Dziś, Hasnain Kazim słysząc „powinniśmy pójść z wami tą samą drogą, co z Żydami” nie rozumie w ogóle jak można milczeć - relacja Roberta Grześkowiaka

Nie potrafił milczeć, gdy jako
nastolatek obserwował pogrom w Rostocku. Nie potrafił zamilknąć również wiele
lat później, gdy krytykował Edrogana. Dziś,
Hasnain Kazim słysząc „powinniśmy pójść z wami
tą samą drogą, co z Żydami” nie rozumie w ogóle jak można milczeć.

 

„Przez
długi czas nie znałem rasizmu – w szkole, co prawda śmiano się czasem, że
jestem brązowy jak gówno, ale nie był to rasizm. Dostawało się każdemu, nawet
za odstające uszy. Ja miałem po prostu inny kolor skóry. Prawdziwy rasizm
poznałem na sali sądowej” – kiedy rodzice Kazima ubiegali się po raz kolejny o
obywatelstwo niemieckie (a łącznie ubiegali się 16 lat), sędzia prowadzący
rozprawę dowiedziawszy się o wykonywanym zawodzie ojca małego Hasnaina z
uśmiechem powiedział, że „miejsce marynarza jest na morzu”. Kazim do dziś
słyszy te słowa, bardzo wyraźnie. „To był moment kiedy poznałem rasizm” –
wspomina dziennikarz.

 

„Morda na kłódkę!”

Lata
później, jako siedemnastolatek, ujrzał na własne oczy, do czego potrafi
doprowadzić nienawiść: „Stałem tam, pośród innych gapiów na ulicy. W Rostocku
’92. Obcokrajowców obrzucano nie tylko wyzwiskami czy kamieniami, w ruch poszły
neonazistowskie sztandary i koktajle Mołotowa”. Młody Kazim postanowił wtedy po
raz pierwszy się odezwać, nie milczeć, nie siedzieć z założonymi rękoma –
napisał swój debiutancki artykuł, ostro krytykujący wydarzenia w Rostocku. W
odpowiedzi usłyszał: „morda na kłódkę!” – ale Kazim nie potrafił już ciszą
przyzwalać na nienawiść.

 

Ta
brawura w mówieniu tego, co myślał z czasem zaczęła się na nim odbijać. W 2014
r. w Turcji Kazim publicznie krytykował działania Erdogana – odpowiedź była
błyskawiczna: grupy nacjonalistyczne zmusiły dziennikarza wraz z rodziną do
ucieczki – skryli się „w nikomu nie znanym miejscu”, na przeszło trzy tygodnie.
Choć jak sam wspomina: „był to chyba jedyny moment, kiedy naprawdę się bałem”.
Bo w Niemczech strachu nie czuł, jedynie śmiał się i smucił – często jednocześnie.
Szczególnie, gdy zaglądał do skrzynki pocztowej.

 

Prawdziwy Niemiec, Karl

Pewnego
dnia, jeszcze przed świtem, dostał maila: „Panie Kazim, jesteś antyniemieckim
pismakiem. Przyjedź no do mnie, a nauczę Cię kim jest prawdziwy Niemiec!” –
autorem wiadomości był Karl, (jak mniemamy) „prawdziwy Niemiec”. Kazim lekko
zmieszany, acz zadowolony, że mężczyzna chce się z nim spotkać odpowiedział: „Z
chęcią się u Pana pojawię. Akurat jestem w okolicy z rodziną – przywieziemy
ciasto i kozy do zarżnięcia, ma Pan może ognisko, żebyśmy mogli pogrilować?
Zjemy, napijemy się, a Pan opowie mi wówczas – kim jest Prawdziwy Niemiec”.
Rozmowa ta stała się pretekstem do napisania książki, zatytułowanej „Listy od
Karlheinza. Wściekłe maile od prawdziwych Niemców i co im odpowiedziałem”.

 

Hasnain Kazim

Kazim
to elegancki, przystojny mężczyzna, z sarkastycznym poczuciem humoru. Przy tym
rzetelny, wielokrotnie nagradzany dziennikarz. Kiedy ktoś do niego mówi słucha
– uważnie, kiedy odpowiada – dobiera słowa rozważnie; wie kiedy warto podjąć
dialog, a kiedy z niego zrezygnować. Prawdziwi Niemcy dostrzegają jednak u
niego pewne „wady”, o których mówią bez krępacji: „Ty z taką skórą, taką
religią, takimi rodzicami i pochodzeniem, nigdy nie będziesz częścią naszego
społeczeństwa!”, zdarzają się także uschnięto-kwieciste epitety – „któregoś
razu, gdy szedłem ulicą w Wiedniu, zatrzymała mnie starsza kobieta, która
splunąwszy mi w twarz wykrzyczała – Ty muzułmaninie, Ty szmato!”. Hasnain
podkreśla, że najbardziej nie zabolało go wyzwisko „szmato”, ani nawet
splunięcie w twarz, to co go dobijało, to wykluczenie urodzonego i wychowanego
w Niemczech człowieka, tylko dlatego, że ma indyjsko-pakistańskie korzenie.
Kazim stara się z tego śmiać, jak chociażby gdy dostał wiadomość od Marianne: „Czy
jest pan przeciw wielożeństwu?” na swoją twierdzącą odpowiedź usłyszał: „ale
przecież Pan jest mahometaninem!”, dziennikarz odparł: „jestem, doprawdy? A
skąd Pani o tym wie? Może przy okazji wie Pani coś o moim wielkim spadku – o
którym samemu nic nie wiem”.

            Praca nad książką zajęła Kazimowi
sporo czasu, jednak najbardziej męczyła go nie ilość spędzonych przed
komputerem godzin, a potok nienawiści rozlewający się w jego kierunku. 16 maja
odbyło się w Warszawie, w Goethe Institut, spotkanie z autorem „Listów od
Karlheinza…”, na którym dziennikarz czytał fragmenty swojej książki: „strona
180. Wiadomość od Piotra S. – Tacy ludzie jak Ty powinni iść do gazu, won do
swoich wielbłondojebców!”, w odpowiedzi Kazim spytał jedynie – „czy w życiu
codziennym także się Pan tak wyraża?”, Piotr odpisał błyskawicznie –
„Przepraszam. Myślałem, że tego nikt nie czyta”. A jednak ktoś czyta.

Epilog

Kiedy
książka ujrzała światło dzienne ilość hejtu diametralnie zmalała, zaczęły nawet
pojawiać się wiadomości od sympatyków – „aby znalazł czasem w swojej skrzynce
coś miłego”. Proporcjonalności musi jednak stać się zadość, zatem pojawiły się
i głosy, że „Listy od Karlheinza. Wściekłe maile od prawdziwych Niemców…” w
rzeczywistości jedynie pogłębiają przepaść, z którą autor „ponoć walczy”. Kazim
nie kłóci się z tym twierdzeniem: „Owszem, tak może być. I nie widzę w tym
problemu. Nie z każdym chce budować mosty. Kiedy słyszę, że powinno się nas,
tak jak Żydów, wysłać do gazu, to nie tylko chce zniszczyć most, ale także
pogłębić dzielącą nas przepaść”.

 

Robert Grześkowiak